Dzisiaj mieliśmy egzamin z francuskiego, co oznacza zakończenie pierwszego z pięciu przedmiotów, które będziemy realizować na BEMie. Będzie mi trochę tęskno za ćwiczeniami z gramatyki i moimi Niemcami z grupy...
Generalnie uważam, że idea trzytygodniowego intensywnego kursu językowego ma swoje dobre i złe strony. Do tych dobrych należy przede wszystkim to, że przez trzy tygodnie nie robiłam nic innego, tylko francuski. Dużo, dużo francuskiego... Ciągle coś było zadane, a to jakieś ćwiczenia z gramatyki, a to jakieś słówka do nauczenia się, a to jakaś prezentacja. Nawiasem mówiąc, swego czasu w ramach prezentacji mówiłam o stereotypach w postrzeganiu Polaków przez Francuzów i na odwrót. Dziewczynom z Tajwanu się podobało:) Dzięki kursowi można się było pozbyć oporów przed mówieniem. Poza tym dowiedziałam się wielu praktycznych rzeczy na temat życia codziennego we Fracji, np: co Francuzi piją jako aperitif, dlaczego idąc na parapetówkę bierze się ze sobą hak do wieszania kotła nad paleniskiem i co robią Baskowie po godzinach. Myślę, że na takim kursie można się sporo nauczyć, ale trzeba jednak poświęcić nauce dużo czasu.
Niestety bardzo dużym problemem w trakcie takiego kursu są wahania w motywacji. Praktycznie rzecz biorąc, w zasadzie każdego dnia trzeba siedzieć nad kserówkami i odrabiać prace domowe. Jeżeli jakiegoś dnia dostanie się tzw. lenia, zaległości rosną bardzo szybko i trudno się je nadrabia... Poza tym, czasem chciało się pójść na inny przedmiot niż francuski, po prostu w ramach odmiany, co niestety nie było nam dane.
W każdym razie jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądał intensywny kurs "Gestion de l'entreprise internationale', czyli zarządzania przedsiębiorstwem międzynarodowym, który zaczynam już od poniedziałku. Powiem tylko, że w poniedziałek i we wtorek mam zajęcia od 8.30 d0 18.30 z dwugodzinną przerwą na obiad. To się dopiero nazywa kurs intensywny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz