piątek, 18 grudnia 2009

Marché de Noël i Bordeaux w święta


Uff... pracowite mam 2 dni na blogu, po dwóch wpisach w pewnym sensie niezapowiedzianych
witam w obiecanym nowym wpisie na temat świąt w Bordeaux. Ten wpis podobnie jak "Impresje marketingowe" będzie wpisem dedykowanym... tym razem wszystkim, którzy mają porządnego hopla na punkcie świąt i ozdóbek świątecznych, światełek wszędzie dookoła no i tym podobnych rzeczy ... tak tato, to ciebie głównie mi chodzi :D

No więc dnia 13 grudnia roku pańskiego bieżącego wybraliśmy się z Agnieszką na spacer świąteczny. Cel główny... zrobić dużo zdjęć miasta w święta ze szczególnym uwzględnieniem rynku bożo narodzeniowego (Marché de Noël), najeść się kasztanów no i zebrać materiały do tego wpisu dla naszych kochanych czytelników

Więc kończę gadać i zapraszam na fotorelację z komentarzami ...

Pierwsze spotkanie z rynkiem bożonarodzeniowym powoduje lekki świąteczny zawrót głowy. - Jakby co to co ma Agnieszka w ręku to rożek pełen kasztanów... mniam!

Na rynku jak to na rynku, znajdziesz wszystko... butiki ...


... część restauracyjną po stanowczo wyższych niż rynkowe cenach (było grzane wino :D)...


... niezbędne w każde święta CHOINKI! (wśród których buszowała Aga :))...


... oczywiście cały rynek ma pobór prądu jak nieduża szkoła (serwerownia - wersja dla wtajemniczonych) bo wszystko, dosłownie wszystko się świeciło ...


... miłośnicy parmezanu na pewno docenią to zdjęcie. To na prawdę TYLKO parmezan ...


... a i dla czekoladowych łasuchów coś by się znalazło (jakby ktoś nie zwrócił uwagi - to jest fontanna) ...


... A dla tradycjonalistów i bardziej "konkretnych łasuchów" - kiełbasy poukładane w kształt choinek :D

No ale... jakkolwiek fajnie na rynku by nie było, pojedliśmy, popiliśmy i trzeba było powrócić do rzeczywistości... ale bynajmniej wcale nie szarej. Zapraszam na kilka zdjęć z tego jak wygląda Bordeaux w święta. Tu na prawdę bez komentarza bo jest on zbędny (no może jeden malutki)


nawet dźwigowi się dostało... swoją drogą to chyba najwyższa choinka jaką widziałem :P






Śnieeeeg!!!!

Wiadomość z ostatniej chwili brzmi... za oknem pada śnieg! - niestety z deszczem ale i tak radocha :)

A w ogóle zaczęło się od tego, że przy pięknym słońcu coś białego się sypało z nieba - pierwsze podejrzenia padły na remont i styropian... w końcu tu miało nigdy nie padać. Ale jak się okazało po tym jak dołączyliśmy z Agą do tłumiku cieszącego się przed wejściem do pokojów, faktycznie to śnieg się sypał z nieba... A teraz przyszła chmura i sypie jak głupi... jeszcze z jeden stopień w dół i byłoby na prawdę biało!

Hehe, nie ma to jak przywieźć ze sobą warunki klimatyczne na Erasmusa :)

Pozdrawiam z zimowej Francji!

czwartek, 17 grudnia 2009

Wpis zaślepa - Pogoda... jak różnie można na nią reagować

No niestety internet pozostawia wiele do życzenia w naszym akademiku więc zamiast wpisu, który chciałem opublikować z fotorelacją i w ogóle ... wpis zastępczy, czyli zaślepa (miał być kolejnym ale najwyraźniej dane mu jest być wcześniej).

Dzisiaj mam trzy impresje dotyczące pogody :), a oto i one:

A i jeszcze mała impresja dotycząca pogody:

1. Nie ma to jak sprawdzać prognozy pogody za oknem za pomocą gadżetu iGoogle....

2. Warszawa => -13 Bordeaux => 1, a dam głowę że tu bardziej marznę - chyba te domki nie są gotowe na taką "zimę", nie ma to jak dobre centralne ogrzewanie... ale za 3 dni wyjeżdżamy do... domu z kominkiem :D

3. Od wczoraj się dziwię... w rozmowie z koleżanką z Meksyku dowiedziałem się, że różnica w aktualnej temperaturze między naszymi krajami wynosi obecnie ok. 30 stopni celsjusza - a jak będzie -20 w PL to nawet 40 stopni. ... Dzisiaj powiedziałem lekarzowi, który zapewniał mnie że za oknem jest "bardzo, ale to bardzo" zimno że u nas jest "bardziej, ale to bardziej" i się tylko uśmiechnął, a koleżanka z Irlandii jak się dowiedziała ile w Polsce jest stopni spytała: "Co robicie jak jest tak zimno?" - nie jestem przekonany czy moje wytłumaczenie z nałozeniem jeszcze jednego swetra do niej trafiło :P

To tyle impresji pogodowych... w najbliższym czasie relacja z rynku świątecznego w Bordeaux

Impresje pomarketingowe

W odpowiedzi na "Pewnie przy okazji Szymek napisze parę słów więcej na ten temat", piszę "parę słów więcej na ten temat."

Od tygodnia mam wakacje świąteczne po przedmiocie o nazwie International Marketing. Kto mnie zna wie jak bardzo pałam miłością do tego zagadnienia, ale muszę powiedzieć, że było OK. Może dlatego, że kurs był ultra przyspieszony... prawie codziennie zajęcia od 8:30 - 18:30 (przerwa na "lunh" wliczona :)), a wszystko po to, żeby w 6 dni wyrobić 45 h zajęć...

Tempo zabójcze, wykład interesujący bo z dużą ilością ciekawych przykładów, eksperymentów i reklam oczywiście. Niestety roboty od metra było i muszę powiedzieć, że mam to poczucie że zasłużyłem na miesiąc (juz tylko 3 tyg.) odpoczynku.

No i dobra, a marketingu i tak nie lubię :P

Pozdrawiam wszystkich zarządzających i się marketingujących ze szczególnym uwzględnieniem Magdy, Bereta vel. Ewerta i Komaru vel. Przemka :)

Miłego i zapraszam do kolejego posta... powstanie za ... jakąś godzinkę :)

czwartek, 3 grudnia 2009

I znowu nowy przedmiot

W poniedziałek szczęśliwie, mam nadzieję, udało nam się zakończyć kolejny przedmiot na BEMie. Ze "statystyką dla managerów przy użyciu MS Excela" i doktorem Hongiem spędziliśmy 3 tygodnie. Aż mi się łezka w oku zakręciła, kiedy pomyślałam sobie, że przedmiot się już skończył... A początki wcale nie były takie fajne.

Pamiętam pierwsze zajęcia. Dr Hong spóźnił się pół godziny, ponieważ był przekonany, że zajęcia na BEMie zaczynają się o 9:00, zamiast o 8:30 :) Jakaś dobra dusza wyprowadziła go z błędu, niestety ;) Kiedy prowadzący zaczął prowadzić wykład, byliśmy z Szymkiem lekko zdziwieni, ponieważ ciężko było nam zrozumieć, o co właściwie chodzi. Ponieważ pan doktor mówił z ciężkim koreańskim akcentem, czasem nie byliśmy w stanie rozróżnić poszczególnych słów i zrozumieć toku wypowiedzi:( Niestety pan Hong miał czasem problem ze zrozumieniem pytań od studentów, więc Szymek musiał kilka razy parafrazować, żeby uzyskać odpowiedź na dokładnie to pytanie, o jakie mu chodziło. Stąd, na początku, nie byłam specjalnie zadowolona z wybranego przedmiotu...

Ale wraz z kolejnymi zajęciami moja opinia o przedmiocie i dr Hongu poprawiała się. Przede wszystkim dr Hong był zawsze bardzo dobrze przygotowany do zajęć. Na każde nasze spotkanie przynosił dobrze zredagowane slajdy, które potem udostępniał studentom. Uważam, że to szczególne ważne w przypadku statystyki, ponieważ jego prezentacje w pełni zastąpiły nam podręcznik. Więc było się z czego uczyć. Po drugie, pan doktor za każdym razem przynosił nam szablony w Excelu w celu zilustrowania problemów i pokazania ich metody rozwiązania w Excelu. Szablony te nie było zbyt skomplikowane i z powodzeniem mogliśmy je robić sami na zajęciach, ale dzięki ich wcześniejszej dystrybucji oszczędzaliśmy mnóstwo czasu. A z tego powodu mogliśmy rozwiązać więcej zadań na zajęciach. Ponadto, panu doktorowi zawsze zależało na tym, czy studenci na pewno wszystko zrozumieli i czy nie mają jakiś pytań. Podchodził do nas, zagadywał na przerwie i pytał też o rzeczy niezwiązane stricte z przedmiotem, czyli np. o kraj pochodzenia, kierunek studiów, czy plany na przyszłość. Było widać, że mu zależy na studentach i jest zaangażowany w swoją pracę, a te cechy cenię sobie osobiście w każdym wykładowcy. A poza wszystkim, wraz z kolejnymi zajęciami można się było przyzwyczaić do jego koreańskiego akcentu na tyle, że w końcu nie przeszkadzał aż tak bardzo:)

Sam przedmiot, myślę, dał nam z Szymkiem sporo, ponieważ był powtórzeniem statystyki z I i II roku. Zwykle to są podstawy podstaw, które mają tendencję do szybkiego wyparowywania z głowy, niestety. Dlatego dobrze, że sobie przypomnieliśmy podstawowa wiedzę jeszcze przed skończeniem studiów. A poza tym pozostały nam dobrze zredagowane slajdy, do których w miarę potrzeby będzie można wrócić. Sam egzamin okazał się być dość trudny, tzn. trzeba się było do niego całkiem nieźle przygotować. Chociaż liczenia było stosunkowo niewiele, na odpowiadanie na pytania teoretyczne trzeba było poświęcić dużo czasu. Ogólnie, nie było wolnej chwili, żeby patrzeć w okno i myśleć o niebieskich migdałach. Mam nadzieję, że udało się zakończyć ten przedmiot oceną pozytywną. A ogólnie, jestem całkiem zadowolona z wyboru przedmiotu, który okazał się być nad wyraz trafny :) Myślę, że mogę w tym momencie mówić za nas dwoje, ponieważ zdaje się, że Szymek też był zadowolony z wyboru. Uważam, że warto było sobie przypomnieć zdobytą wcześniej wiedzę i, co ważniejsze, nauczyć się ją aplikować w Excelu :)

Natomiast we wtorek zaczęliśmy kolejny przedmiot: Szymek "Marketing międzynarodowy" po angielsku, a ja "Zarządzanie zasobami finansowymi" po francusku. Jeszcze trudno dokładnie powiedzieć, czy warto było je wybrać, ponieważ mieliśmy zaledwie 2 dni zajęć, ale pierwsze uwagi już się nasuwają.

Jeżeli chodzi o przedmiot po angielsku, okazał się być nad wyraz ciekawy. Szymek miał wątpliwości, czy mu się spodoba, ponieważ takie przedmioty zwykle nie są zbyt konkretne i sprowadzają się do ogranych sloganów lub definicji, które i tak każdy rozumie intuicyjne. Poza tym, Szymek nie jest z zamiłowania marketingowcem... Na szczęście nie było tak źle, ponieważ przyszedł z zajęć 2 dni pod rząd zadowolony :) Na zajęciach oglądają reklamy, prowadzą dyskusje i pracują w grupach nad case study. Słowem, całkiem sporo się dzieje. Pewnie przy okazji Szymek napisze parę słów więcej na ten temat.

Co do mojego zarządzania, to jest to przedmiot mocno finansowy i dość specjalistyczny. Okazało się, że nie znam aż tak dobrze słownictwa finansowego, więc na zajęciach się trochę gubię. Poza tym wykładowca przedstawia równanie FR=BFR + TN i mówi, że to jest fundamentalne równanie finansowe, a ja pierwsze widzę... Dopiero potem dodaje, że w szkołach finansowych we Francji, bo w krajach anglo-saksońskich mają inne podejście... Nie wiem, jakie ja mam podejście, ale na pewno nie to przedstawione na wykładzie ;) Poza tym, francuscy wykładowcy mają nieznośną manierę pisania wszystkiego skrótami, więc chwilę później nie wiadomo co jest napisane na tablicy, jeżeli się akurat nie zna rzeczonego skrótu. Ponadto, nie wiadomo, czy to skrót ogólnie obowiązujący w literaturze, czy też skrót pana profesora, bo mu się nie chce zapisać pełniej nazwy... W każdym razie nie jest źle, wypożyczyłam sobie książki z finansów po francusku i zamierzam przejrzeć trochę słownictwa i definicji.

A oto książeczki, które pan profesor mi polecił...

A poza tym, miałam na SGHu gorsze przedmioty, np. Metody optymalizacji albo Statystyczne metody wielowymiarowej analizy porównawczej (drogi Czytelniku, jeśli nie rozumiesz o co chodzi w tym przedmiocie, to nie martw się, nie jesteś jedyny ;) i jakoś sobie poradziłam.

W każdym razie mam nadzieję, że damy sobie oboje radę, czegoś się nauczymy i spędzimy miłe 3 tygodnie z naszymi przedmiotami :)

środa, 2 grudnia 2009

Chartron, czyli co znaleźliśmy w skorupce ślimaka


Już od jakiegoś czasu nosiliśmy się z Szymkiem z zamiarem wybrania się na pieszą wycieczkę po Bordeaux. Ponieważ mieszkamy w podmiejskiej dzielnicy miasta, nie składa się, żeby często zwiedzać bardziej odległe okolice po drugiej stronie aglomeracji. Będąc w biurze turystycznym natrafiliśmy na przewodnik, w którym zaznaczono kilka propozycji pieszych wycieczek po mieście z podziałem na konkretne dzielnice. Nie namyślając się długo, skrzyknęliśmy naszych sąsiadów (i nie tylko) i kolektywnie postanowiliśmy sprawdzić, co warte są trasy opisane w rzeczonym przewodniku ;) Zwiedzaniu przyświecała idea zabawienia się w przewodnika, co w praktyce oznaczało, że każdy uczestnik wycieczki miał za zadanie przygotować trochę informacji na temat któregoś z punktu spaceru. Dzięki temu dowiedzieliśmy się nieco ciekawostek o zabytkach w Bordeaux.

Ruszamy na podbój Bordeaux

A zatem w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zapuścić się do jednej z najstarszych dzielnic miasta, która nazywa się Chartron. Dzielnica ta jest znana przede wszystkim dlatego, że od wieków zamieszkiwali ją kupcy winni, którzy szybko stali się jedną z najbogatszych grup społecznych w mieście. Już na pierwszy rzut oka widać, że dzielnica do najbiedniejszych nie należy. Stare kamienice, urokliwe uliczki, bliskość do centrum i rzeki oraz dużo zieleni sprawiają, że po dziś dzień Chartron zamieszkują najbardziej zamożni mieszkańcy Bordeaux.

Zaczęliśmy od Quinconces, czyli placu, na którym krzyżują się linie tramwaju B i C :) Bardzo często można zobaczyć tam wesołe miasteczko, a obecnie znajduje się tam rynek, ma którym można kupić produkty lokalne. Poniżej widok fontanny na środku placu.

Quinconces

Bourse maritime, gdzie kiedyś odbywał się
handel produktami eksportowanymi i importowanymi

Urokliwa uliczka Notre Dame,
na której znajduje się najwięcej antykwariatów w mieście

Kościół Notre Dame, chociaż nie paryski,
to i tak imponujący

Muszę przyznać, że jak weszliśmy do kościoła, zrobiło mi się trochę dziwnie, ponieważ nigdy nie widziałam zostawionego sobie kościoła. Tzn. weszliśmy do zupełnie pustego wnętrza, w którym nikogo nie było, tylko mrok. Ani kościelnego, ani zakonnicy, ani jednej żywej duszy... Myślę, że w Polsce bardzo trudno znaleźć takie miejsce: otwarty kościół, w którym nikogo nie ma, ale tak zupełnie nikogo nie ma...

Park miejski, nic dodać, nic ująć

Lokatorki parku :)

Szymek i bambusy w środku Bordeaux

Zwiedziliśmy kilka naprawdę ładnych miejsc, ale na szczególny opis zasługuje Marche, czyli rynek pod chmurką, na którym można kupić ciekawe, i może nieco mniej ciekawe, przysmaki kuchni francuskiej.

Widok na Marche

Ponieważ wcześniej zawitaliśmy na ten rynek, wiedzieliśmy uprzednio, że sprzedają na nim zrobione na sposób Bordeaux ślimaki. Nie do końca wiem, co to znaczy "na sposób Bordeaux", ale strasznie zapaliłam się do pomysłu spróbowania ich. Okazja była tym bardziej dobra, że za stosunkowo niewielką cenę można było spróbować typowego przysmaku kuchni francuskiej. Ponieważ ślimaki dochodziły na wielkiej patelni na wolnym powietrzu, można było je od razu spróbować jeszcze ciepłe, bez konieczności odgrzewania w domu. A więc, strasznie się napaliłam.

Jeszcze przed degustacją...

Szymek zachowywał dystans i na ślimaki patrzył z nieukrywaną niechęcią. Tyle tylko, że summa summarum, to on zjadł prawie wszystkie z naszej wspólnej porcji, a ja bardzo szybko nasyciłam swoją ciekawość... Ale po kolei. Dostaliśmy skorupki ślimacze z sosem i warzywami. Na początku nie do końca wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać... W końcu bardziej odważna część naszej dwójki, czyli Szymek, wygmerał wykałaczką zawartość rzeczonej muszelki. Na wakałaczce zostały warzywa i podłużne ciałko... Szymek zjadł jako pierwszy, bo jak tylko zobaczyłam, z czym mam się zmierzyć, opuściła mnie cała odwaga...

A oto co Szymek wygrzebał ze skorupki...

i jak świetnie sobie z tym poradził :)

Dostałam dobrą radę, żeby nie myśleć, co jem, tylko po prostu to zjeść :) Okazała się wielce przydatna :)

A oto co ja wygrzebałam ze skorupki...

i jak starałam się sobie z tym poradzić...

No cóż, ślimaki na sposób Bordeaux nie zachwyciły mnie, ignorantki, niestety. Nie smakowały źle, pewnie były dobrze doprawione, ale czuć było w ustach ziemisty posmak. Byłam w stanie zjeść jeszcze kilka i niestety musiałam podziękować za więcej. Niespodziewanie, to Szymkowi bardziej posmakowały, choć też nie stał się ich fanem. Najśmieszniejsze jest to, że jak opowiedzieliśmy naszym francuskim znajomym, że spróbowaliśmy ślimaki, to przyznali, że również w ich przypadku to nie jest to, co Tygryski lubią najbardziej. Osobiście uważam, że warto było spróbować tak francuskiego przecież "przysmaku", ale zdaje się, że raz mi wystarczy :) No cóż, w każdym razie teraz czekają na nas żabie udka ;)

Wśród oferty sprzedających znaleźliśmy takie również perełki, jak: cydr, czyli alkoholowy napój jabłkowy z wyrobu własnego (w końcu ślimak lubi pływać;), świeże owoce morza, czy wina sprzedawane po znacznie niższej cenie, niż w sklepach. Oprócz tego, można tam kupić przysmaki kuchni regionalnej, wszelkiego rodzaju kaczki, naleśniki, dżemy, miody i oczywiście sery. A na porządny deser można kupić lokalne specialite, cannelle, czyli oblane czekoladą wnętrze przypominające w smaku ciekły budyń. My z Szymkiem zdecydowaliśmy się na malutkie babeczki w kilku smakach i flan, czyli ciasto przypominające w smaku i wyglądzie sernik z dużą domieszką budyniu. A ponieważ marche się generalnie zbierał, to pani sprzedawczyni dorzuciła nam gratis bułkę maślaną z rodzynki, która okazała się wyborna :)

Niestety udało nam się zwiedzić tylko część zaplanowanej trasy, ponieważ złapał nas deszcz. W Bordeaux to niestety częsty problem, który potrafi pokrzyżować nawet najwspanialsze plany. Na szczęście i tak udało się sporo zwiedzić i to w doborowym towarzystwie :) Już się nie możemy oboje doczekać następnej takiej wycieczki :)

P.S. Pragnę zapewnić, że Szymkowi przeszło już przejedzenie bagietką ;)

środa, 25 listopada 2009

Przesyt Bagietką

Postanowiłem przerwać milczenie na blogu bo ostatnio jakoś nic nie publikujemy. Nie znaczy to bynajmniej, że nic się u nas nie dzieje... wręcz przeciwnie, dzieje się dużo (1) tylko jakoś nie ma okazji żeby napisać coś bardziej sensownego... stąd mój mało sensowny wpis-wyznanie

Znudziła mi się Bagietka!... no normalnie już nie mogę jeść tych francuskich bagietek i od wczoraj mam strajk, tj. staram się nie jeść bagietki jeśli nie muszę(2)... np. przed chwilą zjadłem na to konto naleśnika:)

Agnieszka nie podziela mojego odczucia, mało tego uważa je za delikatne wynaturzenie... dlatego drogi czytelniku nie naprowadzaj jej na ten wpis... może nie zauważy :)

Miłego wieczoru.

Objaśnienia:
(1) np. wczoraj byliśmy we Francuskiej restauracji - relacja wkrótce
(2) no bo przecież nie będę jadł sałatki z Fetą bez chleba... bo "zielepactwem" jeszcze się nikt nie najadł

wtorek, 10 listopada 2009

Uwag o kościele ciąg dalszy

Temat być już na naszym blogu poruszony. A jest to temat ciekawy ponieważ sytuacja jest bardzo ale to bardzo odmienna we Francji od tego co znamy z Polski.

W ostatnią niedzielę rano wstając na mszę na 10.30 (godzinę dojeżdżamy) chyba rozwikłaliśmy zagadkę niskiej frekwencji w kościele... Strasznie nam się chciało spać, a w najbliższym kościele (godzina dojazdu -powtarzam, ale jestem w szoku) jest 1. msza w niedzielę... słownie... jedna

I musze powiedzieć byłem już bardzo bliski nie pójścia... ale na czym polega spostrzeżenie. Otóż jeśli w Polsce obudzę się o 6.00 to pójdę na 8.00, jak się obudzę o 8.00 to na 9.00 a jak o 10.00 to na 11.00 a jak zupełnie zaśpię to na 18.00 i też wszyscy będą zadowoleni... a tutaj??

Nie dość że ludziska nie chcą chodzić ideologicznie to ci co chcą to "mają do wyboru" 1 mszę. Z drugiej strony to na co Aga zwróciła uwagę to ... niby dla kogo miałaby być druga msza skoro na jednej jest tylko 30 osób. Z trzeciej strony może ktoś by jeszcze przyszedł... i tak można długo. Ogólnie błędne koło :(

No ale... dalej będę dzielnie wstawał rano i dzielił się spostrzeżeniami.

Bon soiree (miłego wieczoru :))

poniedziałek, 9 listopada 2009

Debiut, czyli na tropie pomarańczowej piłki

No i stało się. Dzisiaj miałem swój debiut w barwach naszej szkoły podczas zawodów koszykarskich.

Jak było się spytacie. Debiut jak debiut, serce w gardle, żołądek na miejscu serca, miałem pietra nie z tej ziemi. Niby to jednak druga ekipa ale wyczyny pierwszej zobowiązują (maks. coś ok. 30:80 dla nas). A na boisku wiadomo, kupa nerwów i krzyków w języku którego nie rozumiem, czyli basket-french. Niezbyt dobrze wytłumaczone niektóre rzeczy... chociaż chwila trener coś w przerwie gadał nie po mojemu...

Tak czy inaczej pobiegałem przez chwilę w 3 połowach (2 mecze, a nie błąd! :)) zdaje się że dołożyłem ze 2 punkty do koszyczka jakieś przejęcie ... i ogólnie nie było źle... W międzyczasie znalazła się jakaś anglojęzyczna dusza która mi ciut pomogła się rozczaić... chociaż z okrzyków trenera dalej kumam tylko przekleństwa. :)

No a w środę powrót do przeszłości czyli regularny trening... a potem modyfikacja składu equipe 2 i jakby nie było ... może dostanę drugą szansę :).

Swoją drogą dziwny dzień, wykład w Korean-English ... ponoć :) mecz w całości nie po mojemu ... uczcie się języków i dziękujcie za obowiązkowe zajęcia na uczelni... serio...

Dobrej nocy!

czwartek, 5 listopada 2009

Na tropie barcelońskiego byka - epizode 3

Jak mówi stare polskie przysłowie: będąc w obcym kraju nie można nie spróbować tamtejszej kuchni. Wychodząc z takiego założenie wydaliśmy małą fortunę na tamtejsze smakołyki. A mieliśmy szczęście, ponieważ hiszpańska kuchnia okazała się naprawdę bardzo smaczna.

Na pierwszy ogień poszło tapas. Przeglądając kartę dań w restauracji na głównej ulicy spodziewaliśmy się, że tapas to jakiś konkretny rodzaj potrawy. A tymczasem tapas to sposób podawania. Każde, albo prawie każde danie, serwuje się w podstawowej porcji albo w porcji o połowie mniejszej, zwanej właśnie tapas. Zatem jako tapas zjedliśmy tortillę, kalmary w cieście, smażone ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym oraz małe kanapeczki w różnymi pastami, m. in. pesto oraz z pastą z makreli (u mnie zajęła pierwsze miejsce).

Niestety nie wytrzymaliśmy i kalmary w cieście nie mają swojego pamiątkowego zdjęcia...

Przewodnik z Travel Baru oprowadzając nas po mieście powiedział, że tradycja tapas jest silnie związana ze świętym w Hiszpanii prawem do siesty. A mianowicie, przed wiekami, podobno każdemu człowiekowi przysługiwało prawo do 3-godzinnego posiłku: godzina na jedzenie, godzina na picie, godzina na miłość. Tyle tylko, że szybko zrobiły się z tego 3 godziny picia... Żeby poprawić popołudniową produktywność pracy wprowadzono tapas, czyli małe dania-przekąski, które przegryzane w trakcie godziny na picie spowalniały proces wpadania w stan upojenia alkoholowego... Nie wiem, ile prawdy jest w tej opowieści, ale tapas, które jedliśmy były pyszne. Mi szczególnie przypadła do gustu tortilla. Prawdziwa tortilla nie ma nic wspólnego z naleśnikiem z kurczakiem, sałatą i sosami, serwowanym w Mc Donaldzie. W Barcelonie zaserwowano nam coś, co z daleka wyglądało jak kawałek sernika pieczony na tortownicy. Okazało się, że tortilla to omlet z ziemniakami. Pycha! Mogłabym zjeść jeszcze drugą taką porcję, ale na stół wjechały kalmary. Moim zdaniem smakowały trochę jak guma, ale na prywatnej liście tapas u Szymona zajęły zdecydowanie pierwsze miejsce... Następne w kolejności ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym smakowały bardzo swojsko, czyli w zasadzie jak frytki :) A małe kanapeczki jedzone w knajpie przed pokazami tańca flamenco świetnie pasowały do popijanej sangrii. Słowem, uczta dla podniebienia.

Kolejnego dnia spróbowaliśmy paelli, czyli potrawy, która na pierwszy rzut oka przypomina risotto. Zamówiliśmy paellę mixta i dostaliśmy smażony ryż z krewetkami, ostrygą, kalmarami, kurczakiem i kawałkami wieprzowiny. Bardzo smaczne.

Paella mixta

Pan przewodnik powiedział nam, że pomysł na paellę wziął się stąd, że pewien Hiszpan chciał zaimponować damie swojego serca i przygotować jej jakąś wspaniałą potrawę, A że nie miał talentu kulinarnego i zapomniał zrobić zakupy poprzedniego dnia, włożył do garnka wszystko, co miał pod ręką... Damie serca, o dziwo, bardzo smakowała zaserwowana potrawa. I tak właśnie zaczęła się międzynarodowa kariera paelli :) Najśmieszniejsze jest to, że jakiś tydzień wcześniej znaleźliśmy przepis na risotto z owocami morza, które w wyglądzie i smaku nieco przypominało rzeczoną paellę :) Chyba możemy powiedzieć, że w Bordeaux uprawiamy kuchnię iście międzynarodową ;)

Paella a la Mozel & Podleśna

Na osobny akapit w naszej relacji z Barcelony zasługuje wątek pieczonych kasztanów. Kupiliśmy jedną porcję na spółkę i nie mogliśmy się od nich oderwać. Potem była następna, kolejna i kolejna... Jadalne kasztany to po prostu niebo w gębie:) Moim zdaniem mają konsystencję zbliżoną do bobu, ale są słodkie. To tłumaczy, dlaczego są sycące. I tylko skośnookie koleżanki patrzyły na naszą fascynację kasztanami z łagodną pobłażliwością... Okazało się, że zarówno w Kanadzie, jak i w Tajwanie, czy w Korei Południowej dobrze znają ten smak i nie robi już na niech wrażenia. A Polaków i dźwigiem od jadalnych kasztanów by nie odciągnął ;) Chcieliśmy kupić sobie kilo surowych kasztanów i uprażyć w Bordeaux, ale pani sprzedawczyni pokazał nam, że je się grilluje :( Niestety, ocierając łzy musieliśmy pogodzić się z faktem, że nie przywieziemy sobie zapasu kasztanów do Francji :( Ukojenie znaleźliśmy w kolejnej porcji przygotowanej na miejscu ;) I tylko smutno na sercu, że w Polsce na każdej ulicy kasztan, ale niestety niejadalny...

Pierwsza porcja kasztanów

Z ciekawszych rzeczy: jedliśmy coś, czego nazwy niestety nie znamy:) Okrągły, cienki placek znaleźliśmy w cukierni przy Parc Guell. A placek ten smakował jak słodka maca z karmelem i kawałkami migdałów. Pyszna przekąska.

Za niekompletność okazu przepraszamy,
ale byliśmy trochę głodni :)

Oprócz tego jadłam hiszpańskie Magnum z kawałkami czekolady mlecznej, deserowej i białej, zapakowane w bardzo ekskluzywne usztywniane opakowanie. Niebo w gębie! Sam lód nie był zbyt imponujących rozmiarów, ale tym razem liczyła się nie wielkość, ale jakość. W smaku bardzo słodki, niestety skończył się zbyt szybko. Pozostało tylko ekskluzywne opakowanie...

Ekskluzywne Magnum

Ogólnie bardzo nam się podobało w Barcelonie, a trzy dni minęły jak z bicza strzelił... Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie można tu wrócić i odwiedzić znajome kąty. Najchętniej chcielibyśmy sprawdzić, czy Sagrada Familia wreszcie się wybudowała do końca;)

P.S. Nie spotkaliśmy żadnego byka w Barcelonie, ponieważ okazało się, że w tej części kraju ludzie są bardzo liberalni i nie przywiązują zbytniej wagi do byczej tradycji. Wręcz istnieje kilka grup broniących praw byków i występujących przeciwko tradycji walki z nimi. Korrida, matador i czerwona płachta to raczej domena Madrytu i tamtej części Hiszpanii. W związku z tym jedynym bykiem, którego spotkaliśmy w Barcelonie okazał się ten, który widnieje na pamiątkowym t-shirtcie zakupionym tuż przed wyjazdem :)

poniedziałek, 2 listopada 2009

Na tropie barcelońskiego byka - epizode 2


Następnym punktem zwiedzania była darmowa piesza wycieczka po Starym Mieście z przewodnikiem, organizowana przez jeden z barcelońskich pubów, Travel Bar. Dzięki wycieczce dowiedzieliśmy się m.in. dlaczego na jednym z placów Barcelony stoi pomnik przedstawiający prątek gruźlicy, dlaczego trzeba omijać szerokim łukiem wszystko, co potencjalnie przypomina kałużę oraz gdzie Pablo Picasso stracił cnotę :) Stare Miasto składa się z tysięcy małych, wąskich uliczek, w których bardzo łatwo się zgubić. Budynki są usytuowana bardzo ciasno, stąd moje wrażenie lekkiego przytłoczenia. Poza tym zbudowane zostały w określony sposób: z każdym piętrem budynki po przeciwnej stronie ulicy zbliżają się do siebie o kilka milimetrów. Dzięki temu budowniczowie zyskiwali kilka centymetrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej na piętrach. Stąd stojąc na początku ulicy ma się wrażenie, że budynki przechylają się na siebie... Z drugiej strony, zauważyliśmy, że zabytki nie są usytuowane blisko siebie. Trzeba do nich dojść, poruszając się po uliczkach, które są niemalże identyczne. Dlatego następnego dnia po wycieczce nie byliśmy w stanie z Szymonem sami dojść do wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy poprzedniego dnia :( Wydawało nam się, że dla początkującego turysty odnalezienie się w mieście może sprawiać drobne problemy. Ale przecież nie dla takich wyjadaczy, jak my ;)

Agnieszka przy kamienicy w centrum Barcelony

Wieczorem wybraliśmy się na pokaz flamenco połączony z jedzeniem tapas, czyli można powiedzieć, tradycyjnych potraw oraz piciem sangrii. Bardzo nam się podobało! Zostaliśmy zaprowadzeni do knajpy, w której każdego wieczoru odbywały się pokazy tańca. Na początku pokazu hiszpańska tancerka śpiewała tradycyjne pieśni przepitym i przepalonym głosem, a potem na scenę wyszedł profesjonalny tancerz. Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się próbki kobiecego tańca, a dostaliśmy ognistego Hiszpana ;) Ale nie żałowaliśmy, ponieważ tancerz przebierał nogami w takim tempie, że ledwo można było nadążyć za nim wzrokiem. W pewnym sensie trafiliśmy na ekskluzywny pokaz, ponieważ pokazy męskiego flamenco odbywały się w tymże lokalu rzadziej, niż kobiecego. Wspaniała ekspresja tańca oraz mowa ciała i gesty sprawiły, że poczuliśmy prawdziwy hiszpański klimat. Ole!

A następnego dnia zaczęliśmy z wysokiego C, i to dosłownie, ponieważ wdrapaliśmy się na punkt widokowy, z którego oglądaliśmy panoramę miasta. Miejsce to nosi nazwę Parc Guell i zostało zaprojektowane przez, a jakże by inaczej, Antonio Gaudiego :) Do parku prowadzi kilka wejść, m.in. schody ruchome, którymi wjeżdża się niemalże na sam szczyt rzeczonego punktu widokowego. Ponieważ Agnieszka i Szymon nieco pobłądzili, w końcu wszystkie ulice są do siebie takie podobne, jakąś połowę wysokości przeszli na piechotę wchodząc od zupełnie innej strony... Ale za to jakie widoczki i jakie wspaniałe ćwiczenie na nogi ;)

Widok ze schodów ruchomych na szczyt Parc Guell

W każdym razie, widzieliśmy panoramę miasta, architekturę Gaudiego oraz badziewne szaliczki za 1€ ;) Słowem, bardzo się podobało.

Widok na miasto (i na Szymona) ze szczytu Parc Guell

Ozdobny korytarz w parku

Roślinki :)

Następnie przyszła kolej na port, czyli to, co dwa tygryski z Polski lubią najbardziej :) Bryknęliśmy zatem na deptak portowy, który zaczyna się wraz z końcem głównej ulicy w Barcelonie, którą zwą La Rambla.

Nabrzeże portowe nocą

A w porcie dużo jachtów i ryb oraz, jakby to było inaczej, centrum handlowe z Mc Donald'sem :)

Port w Barcelonie

Rybki w porcie

Szymek patrzący na rybki

Pooddychaliśmy świeżym powietrzem, posłuchaliśmy śpiewu mew i rybitw oraz zrobiliśmy zdjęcia rybkom. Najbardziej zaskoczył mnie widok z damskiej toalety w centrum handlowym: myjąc ręce podziwiałam jachty.

Czemu tak nie może być w Złotych Tarasach?

A następnego dnia wybraliśmy się na barcelońską plażę pomoczyć nogi w Morzu Śródziemnym. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie moczyłam nóg w morzu pod koniec października ;) Woda była spokojna i w miarę ciepła.

Szymek i morze

Agnieszka i morze

Pokręciliśmy się po Starym Mieście, zjedliśmy obiad i odwiedziliśmy stragany z pamiątkami, czyli tak zwane pierdoły :) Nawiasem mówiąc, ciężko było się przyzwyczaić do nachalnych sprzedawców, którzy już od progu starali się coś sprzedać. I nie rozumieli, że tylko oglądamy... Niestety trzeba było się dość wcześnie pożegnać z miastem, ponieważ następnego dnia czekało nas wczesne wstawanie na pierwszy z trzech pociągów... Odjazd o 7:53 robi swoje...

godzina 7.43: 10 minut do odjazdu pociągu :)

Ogólnie zauważyliśmy, że atmosfera Barcelony przypomina w pewnych aspektach życie w Polsce, a przede wszystkim różni się znacząco od życia we Francji. Po pierwsze, ceny. We Francji jest naprawdę drogo, szczególnie ceny owoców i warzyw potrafią przyprawić o zawrót głowy. Mój ulubiony przykład: w Auchan za 3 papryki trójkolorowe płacimy niecałe 3€. W Barcelonie za trzy papryki czerwone zapłaciliśmy 0,66€!!! Poszliśmy za ciosem i w ramach pamiątek przywieźliśmy: 7 papryk, 4 pomarańcze i 6 granatów :D Po drugie: sklepy. Przynajmniej w Bordeaux bywa problem z godzinami otwarcia. Natomiast w Barcelonie bez problemów kupiliśmy chleb ok. 23:00 tuż po przyjeździe. Po trzecie: mieszkańcy. We Francji mieszka dużo ludzi pochodzenia afrykańskiego, do czego trzeba było się na początku nieco przyzwyczaić. W Barcelonie chyba nie spotkaliśmy człowieka o ciemniejszym kolorze skóry, niż śniady. A drugiej strony Francja wygrywa z Hiszpanią w jednej, bardzo konkretnej kategorii. A mianowicie, chodzi o język. W Barcelonie niestety nie rozumieliśmy zbyt dokładnie, co się do nas mówi, aczkolwiek wiedza wyniesiona z telenowel meksykańskich i tak okazała się bezcenna ;) W każdym razie po powrocie do Bordeaux odczuliśmy dużą ulgę, kiedy okazało się, że umiemy zareagować na to, co ludzie mówią do nas na ulicy. Niby taka mała rzecz, a jednak robi dużą różnicę :)

sobota, 31 października 2009

Na tropie barcelońskiego byka - episode 1


W mijającym tygodniu dostaliśmy od BEMa prezent w postaci całego wolnego od zajęć tygodnia przed Wszystkimi Świętymi, ponieważ semestr zaczęliśmy tydzień wcześniej, niż reszta szkół wyższych. Korzystając z okazji postanowiliśmy spiknąć się z naszymi skośnookimi koleżankami z akademika oraz francuskim chłopakiem jednej z nich i pojechać do Barcelony. Barcelona to stolica Katalonii, regionu na północnym-wschodzie Hiszpanii.

Od lewej: Agnieszka z Polski, Yili z Kanady, Yasmin z Taywanu
i Lim z Korei Południowej

A zatem wsiedliśmy w pociąg i po niespełna dwóch przesiadkach, w tym w kurorcie zwanym Biarritz, wysiedliśmy na dworcu kolejowym w Barcelonie. Zainstalowaliśmy się w hostelu, którego nazwa odnosi się do imienia Świętego Jerzego, pogromcy smoka, i następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Logo naszego hostelu w Barcelonie

Ponieważ nasz hostel znajdował się rzut beretem od bazyliki Sagrada Familia, właśnie tam poczłapaliśmy na początku. Bazylika ta stanowi symbol miasta i największe osiągnięcie katalońskiego architekta Antoniego Gaudiego. Zresztą nazwisko to bardzo często przewija się w historii i architekturze miasta. Budowa rozpoczęła się w 1882 roku i po dziś dzień nie została zakończona. Gaudi poświęcił Sagradzie 16 lat życia, a w chwili śmierci w wypadku tramwajowym pozostawił po sobie jedynie część budowli. Chociaż plany architektoniczne zaginęły w trakcie wojny domowej, prace budowlane dalej trwają. Na ulotkach informacyjnych rozdawanych turystom napisano, że planowany termin zakończenia budowy to rok 2030... Doszliśmy wspólnie do wniosku, że jak tak dalej pójdzie, dzieło finalne zobaczą dopiero nasze wnuki albo i prawnuki...

Widok na Sagradę Familię z poziomu ulicy

Z zewnątrz budowla jest, uważam, monumentalna, złożona z tysięcy niepowtarzalnych elementów, a przez to zapierająca dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka wygląda jak gigantyczny zamek zbudowany z mokrego piasku, któremu jeszcze dużo brakuje do wielkiego finału. Trudno sobie nawet wyobrazić, ile czasu Gaudi spędził nad pracami projektowymi i koncepcyjnymi. Gdy się patrzy na fasadę, trudno skupić wzrok na jednej konkretnej rzeczy, ponieważ jest tyle drobnych elementów przyciągających wzrok.

Sagrada Familia by night

Natomiast w środku to nic innego jak ogromny plac budowy! Dla turystów udostępniono jedynie niewielki wycinek wnętrza, który zupełnie nie przypomina kościoła. W środku stoją rusztowania, w powietrzu unoszą się drobinki kurzu, a przy wejściu na wieżę stoją automaty z napojami i słodyczami. Prowizorycznie wydzielono część modlitewną, która imituje małą kaplicę, do której turyści raczej nie mają wstępu. W trakcie mszy za przepierzeniem turyści w najlepsze wcinali kanapki. Zasadniczo uważam, że 9€ za obejrzenie wąskiego korytarza, dwóch witraży, kilku filarów to chyba trochę za dużo... Chociaż dzięki temu mogliśmy się dołożyć finansowo na zbożny cel, jakim jest ukończenie budowli :) Aha, gratis dostaliśmy możliwość stania w godzinnej kolejce na windę na wieżę widokową za 2,50€ :) Ale było warto!!! Widoki wspaniałe, chociaż przecinane rusztowaniami.

Widok na Sagradę Familię z poziomu wieży widokowej

Swoją drogą nie zazdroszczę Chilińczykom, który pracują na takich wysokościach, bo to oni właśnie kończą budowlę... Dodatkową atrakcję stanowią kilometrowe kręte schody, którymi trzeba zejść na poziom 0.

Kilometrowe schody

Ogólnie uważam, że bazylika wygląda dużo lepiej z zewnątrz, niż od środka, a widoki z góry wręcz zapierają dech w piersiach. Mam nadzieję, że doczekamy dnia ukończenia... Jak na razie nie wolno się zrażać tym, co obecnie turysta zwiedza w środku, a należy skupiać się na tym, co się widzi na zewnątrz, ponieważ to zapowiedź ostatecznego wyglądu bazyliki. Summa summarum, byłam pod wielkim wrażeniem.