Jak było się spytacie. Debiut jak debiut, serce w gardle, żołądek na miejscu serca, miałem pietra nie z tej ziemi. Niby to jednak druga ekipa ale wyczyny pierwszej zobowiązują (maks. coś ok. 30:80 dla nas). A na boisku wiadomo, kupa nerwów i krzyków w języku którego nie rozumiem, czyli basket-french. Niezbyt dobrze wytłumaczone niektóre rzeczy... chociaż chwila trener coś w przerwie gadał nie po mojemu...
Tak czy inaczej pobiegałem przez chwilę w 3 połowach (2 mecze, a nie błąd! :)) zdaje się że dołożyłem ze 2 punkty do koszyczka jakieś przejęcie ... i ogólnie nie było źle... W międzyczasie znalazła się jakaś anglojęzyczna dusza która mi ciut pomogła się rozczaić... chociaż z okrzyków trenera dalej kumam tylko przekleństwa. :)
No a w środę powrót do przeszłości czyli regularny trening... a potem modyfikacja składu equipe 2 i jakby nie było ... może dostanę drugą szansę :).
Swoją drogą dziwny dzień, wykład w Korean-English ... ponoć :) mecz w całości nie po mojemu ... uczcie się języków i dziękujcie za obowiązkowe zajęcia na uczelni... serio...
Dobrej nocy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz