Ruszamy na podbój Bordeaux
A zatem w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zapuścić się do jednej z najstarszych dzielnic miasta, która nazywa się Chartron. Dzielnica ta jest znana przede wszystkim dlatego, że od wieków zamieszkiwali ją kupcy winni, którzy szybko stali się jedną z najbogatszych grup społecznych w mieście. Już na pierwszy rzut oka widać, że dzielnica do najbiedniejszych nie należy. Stare kamienice, urokliwe uliczki, bliskość do centrum i rzeki oraz dużo zieleni sprawiają, że po dziś dzień Chartron zamieszkują najbardziej zamożni mieszkańcy Bordeaux.
Zaczęliśmy od Quinconces, czyli placu, na którym krzyżują się linie tramwaju B i C :) Bardzo często można zobaczyć tam wesołe miasteczko, a obecnie znajduje się tam rynek, ma którym można kupić produkty lokalne. Poniżej widok fontanny na środku placu.
Quinconces
Bourse maritime, gdzie kiedyś odbywał się
handel produktami eksportowanymi i importowanymi
Urokliwa uliczka Notre Dame,
na której znajduje się najwięcej antykwariatów w mieście
Kościół Notre Dame, chociaż nie paryski,
to i tak imponujący
Muszę przyznać, że jak weszliśmy do kościoła, zrobiło mi się trochę dziwnie, ponieważ nigdy nie widziałam zostawionego sobie kościoła. Tzn. weszliśmy do zupełnie pustego wnętrza, w którym nikogo nie było, tylko mrok. Ani kościelnego, ani zakonnicy, ani jednej żywej duszy... Myślę, że w Polsce bardzo trudno znaleźć takie miejsce: otwarty kościół, w którym nikogo nie ma, ale tak zupełnie nikogo nie ma...
Park miejski, nic dodać, nic ująć
Lokatorki parku :)
Szymek i bambusy w środku Bordeaux
Zwiedziliśmy kilka naprawdę ładnych miejsc, ale na szczególny opis zasługuje Marche, czyli rynek pod chmurką, na którym można kupić ciekawe, i może nieco mniej ciekawe, przysmaki kuchni francuskiej.
Widok na Marche
Ponieważ wcześniej zawitaliśmy na ten rynek, wiedzieliśmy uprzednio, że sprzedają na nim zrobione na sposób Bordeaux ślimaki. Nie do końca wiem, co to znaczy "na sposób Bordeaux", ale strasznie zapaliłam się do pomysłu spróbowania ich. Okazja była tym bardziej dobra, że za stosunkowo niewielką cenę można było spróbować typowego przysmaku kuchni francuskiej. Ponieważ ślimaki dochodziły na wielkiej patelni na wolnym powietrzu, można było je od razu spróbować jeszcze ciepłe, bez konieczności odgrzewania w domu. A więc, strasznie się napaliłam.
Jeszcze przed degustacją...
Szymek zachowywał dystans i na ślimaki patrzył z nieukrywaną niechęcią. Tyle tylko, że summa summarum, to on zjadł prawie wszystkie z naszej wspólnej porcji, a ja bardzo szybko nasyciłam swoją ciekawość... Ale po kolei. Dostaliśmy skorupki ślimacze z sosem i warzywami. Na początku nie do końca wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać... W końcu bardziej odważna część naszej dwójki, czyli Szymek, wygmerał wykałaczką zawartość rzeczonej muszelki. Na wakałaczce zostały warzywa i podłużne ciałko... Szymek zjadł jako pierwszy, bo jak tylko zobaczyłam, z czym mam się zmierzyć, opuściła mnie cała odwaga...
A oto co Szymek wygrzebał ze skorupki...
i jak świetnie sobie z tym poradził :)
Dostałam dobrą radę, żeby nie myśleć, co jem, tylko po prostu to zjeść :) Okazała się wielce przydatna :)
A oto co ja wygrzebałam ze skorupki...
i jak starałam się sobie z tym poradzić...
No cóż, ślimaki na sposób Bordeaux nie zachwyciły mnie, ignorantki, niestety. Nie smakowały źle, pewnie były dobrze doprawione, ale czuć było w ustach ziemisty posmak. Byłam w stanie zjeść jeszcze kilka i niestety musiałam podziękować za więcej. Niespodziewanie, to Szymkowi bardziej posmakowały, choć też nie stał się ich fanem. Najśmieszniejsze jest to, że jak opowiedzieliśmy naszym francuskim znajomym, że spróbowaliśmy ślimaki, to przyznali, że również w ich przypadku to nie jest to, co Tygryski lubią najbardziej. Osobiście uważam, że warto było spróbować tak francuskiego przecież "przysmaku", ale zdaje się, że raz mi wystarczy :) No cóż, w każdym razie teraz czekają na nas żabie udka ;)
Wśród oferty sprzedających znaleźliśmy takie również perełki, jak: cydr, czyli alkoholowy napój jabłkowy z wyrobu własnego (w końcu ślimak lubi pływać;), świeże owoce morza, czy wina sprzedawane po znacznie niższej cenie, niż w sklepach. Oprócz tego, można tam kupić przysmaki kuchni regionalnej, wszelkiego rodzaju kaczki, naleśniki, dżemy, miody i oczywiście sery. A na porządny deser można kupić lokalne specialite, cannelle, czyli oblane czekoladą wnętrze przypominające w smaku ciekły budyń. My z Szymkiem zdecydowaliśmy się na malutkie babeczki w kilku smakach i flan, czyli ciasto przypominające w smaku i wyglądzie sernik z dużą domieszką budyniu. A ponieważ marche się generalnie zbierał, to pani sprzedawczyni dorzuciła nam gratis bułkę maślaną z rodzynki, która okazała się wyborna :)
Niestety udało nam się zwiedzić tylko część zaplanowanej trasy, ponieważ złapał nas deszcz. W Bordeaux to niestety częsty problem, który potrafi pokrzyżować nawet najwspanialsze plany. Na szczęście i tak udało się sporo zwiedzić i to w doborowym towarzystwie :) Już się nie możemy oboje doczekać następnej takiej wycieczki :)
P.S. Pragnę zapewnić, że Szymkowi przeszło już przejedzenie bagietką ;)