Jak mówi stare polskie przysłowie: będąc w obcym kraju nie można nie spróbować tamtejszej kuchni. Wychodząc z takiego założenie wydaliśmy małą fortunę na tamtejsze smakołyki. A mieliśmy szczęście, ponieważ hiszpańska kuchnia okazała się naprawdę bardzo smaczna.
Na pierwszy ogień poszło tapas. Przeglądając kartę dań w restauracji na głównej ulicy spodziewaliśmy się, że tapas to jakiś konkretny rodzaj potrawy. A tymczasem tapas to sposób podawania. Każde, albo prawie każde danie, serwuje się w podstawowej porcji albo w porcji o połowie mniejszej, zwanej właśnie tapas. Zatem jako tapas zjedliśmy tortillę, kalmary w cieście, smażone ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym oraz małe kanapeczki w różnymi pastami, m. in. pesto oraz z pastą z makreli (u mnie zajęła pierwsze miejsce).
Niestety nie wytrzymaliśmy i kalmary w cieście nie mają swojego pamiątkowego zdjęcia...
Przewodnik z Travel Baru oprowadzając nas po mieście powiedział, że tradycja tapas jest silnie związana ze świętym w Hiszpanii prawem do siesty. A mianowicie, przed wiekami, podobno każdemu człowiekowi przysługiwało prawo do 3-godzinnego posiłku: godzina na jedzenie, godzina na picie, godzina na miłość. Tyle tylko, że szybko zrobiły się z tego 3 godziny picia... Żeby poprawić popołudniową produktywność pracy wprowadzono tapas, czyli małe dania-przekąski, które przegryzane w trakcie godziny na picie spowalniały proces wpadania w stan upojenia alkoholowego... Nie wiem, ile prawdy jest w tej opowieści, ale tapas, które jedliśmy były pyszne. Mi szczególnie przypadła do gustu tortilla. Prawdziwa tortilla nie ma nic wspólnego z naleśnikiem z kurczakiem, sałatą i sosami, serwowanym w Mc Donaldzie. W Barcelonie zaserwowano nam coś, co z daleka wyglądało jak kawałek sernika pieczony na tortownicy. Okazało się, że tortilla to omlet z ziemniakami. Pycha! Mogłabym zjeść jeszcze drugą taką porcję, ale na stół wjechały kalmary. Moim zdaniem smakowały trochę jak guma, ale na prywatnej liście tapas u Szymona zajęły zdecydowanie pierwsze miejsce... Następne w kolejności ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym smakowały bardzo swojsko, czyli w zasadzie jak frytki :) A małe kanapeczki jedzone w knajpie przed pokazami tańca flamenco świetnie pasowały do popijanej sangrii. Słowem, uczta dla podniebienia.
Kolejnego dnia spróbowaliśmy paelli, czyli potrawy, która na pierwszy rzut oka przypomina risotto. Zamówiliśmy paellę mixta i dostaliśmy smażony ryż z krewetkami, ostrygą, kalmarami, kurczakiem i kawałkami wieprzowiny. Bardzo smaczne.
Paella mixta
Pan przewodnik powiedział nam, że pomysł na paellę wziął się stąd, że pewien Hiszpan chciał zaimponować damie swojego serca i przygotować jej jakąś wspaniałą potrawę, A że nie miał talentu kulinarnego i zapomniał zrobić zakupy poprzedniego dnia, włożył do garnka wszystko, co miał pod ręką... Damie serca, o dziwo, bardzo smakowała zaserwowana potrawa. I tak właśnie zaczęła się międzynarodowa kariera paelli :) Najśmieszniejsze jest to, że jakiś tydzień wcześniej znaleźliśmy przepis na risotto z owocami morza, które w wyglądzie i smaku nieco przypominało rzeczoną paellę :) Chyba możemy powiedzieć, że w Bordeaux uprawiamy kuchnię iście międzynarodową ;)
Paella a la Mozel & Podleśna
Na osobny akapit w naszej relacji z Barcelony zasługuje wątek pieczonych kasztanów. Kupiliśmy jedną porcję na spółkę i nie mogliśmy się od nich oderwać. Potem była następna, kolejna i kolejna... Jadalne kasztany to po prostu niebo w gębie:) Moim zdaniem mają konsystencję zbliżoną do bobu, ale są słodkie. To tłumaczy, dlaczego są sycące. I tylko skośnookie koleżanki patrzyły na naszą fascynację kasztanami z łagodną pobłażliwością... Okazało się, że zarówno w Kanadzie, jak i w Tajwanie, czy w Korei Południowej dobrze znają ten smak i nie robi już na niech wrażenia. A Polaków i dźwigiem od jadalnych kasztanów by nie odciągnął ;) Chcieliśmy kupić sobie kilo surowych kasztanów i uprażyć w Bordeaux, ale pani sprzedawczyni pokazał nam, że je się grilluje :( Niestety, ocierając łzy musieliśmy pogodzić się z faktem, że nie przywieziemy sobie zapasu kasztanów do Francji :( Ukojenie znaleźliśmy w kolejnej porcji przygotowanej na miejscu ;) I tylko smutno na sercu, że w Polsce na każdej ulicy kasztan, ale niestety niejadalny...
Pierwsza porcja kasztanów
Z ciekawszych rzeczy: jedliśmy coś, czego nazwy niestety nie znamy:) Okrągły, cienki placek znaleźliśmy w cukierni przy Parc Guell. A placek ten smakował jak słodka maca z karmelem i kawałkami migdałów. Pyszna przekąska.
Za niekompletność okazu przepraszamy,
ale byliśmy trochę głodni :)
Oprócz tego jadłam hiszpańskie Magnum z kawałkami czekolady mlecznej, deserowej i białej, zapakowane w bardzo ekskluzywne usztywniane opakowanie. Niebo w gębie! Sam lód nie był zbyt imponujących rozmiarów, ale tym razem liczyła się nie wielkość, ale jakość. W smaku bardzo słodki, niestety skończył się zbyt szybko. Pozostało tylko ekskluzywne opakowanie...
Ekskluzywne Magnum
Ogólnie bardzo nam się podobało w Barcelonie, a trzy dni minęły jak z bicza strzelił... Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie można tu wrócić i odwiedzić znajome kąty. Najchętniej chcielibyśmy sprawdzić, czy Sagrada Familia wreszcie się wybudowała do końca;)
P.S. Nie spotkaliśmy żadnego byka w Barcelonie, ponieważ okazało się, że w tej części kraju ludzie są bardzo liberalni i nie przywiązują zbytniej wagi do byczej tradycji. Wręcz istnieje kilka grup broniących praw byków i występujących przeciwko tradycji walki z nimi. Korrida, matador i czerwona płachta to raczej domena Madrytu i tamtej części Hiszpanii. W związku z tym jedynym bykiem, którego spotkaliśmy w Barcelonie okazał się ten, który widnieje na pamiątkowym t-shirtcie zakupionym tuż przed wyjazdem :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz