W niedzielę mieliśmy niebywałą okazję popróbować specjałów z różnych zakątków świata, ponieważ nasze Tajwańskie sąsiadki zaprosiły nas na międzynarodowy obiad. Reguły gry były dość proste: każdy z uczestników przygotowuje jakąś potrawę, najlepiej narodową, aby reszta mogła spróbować czegoś nowego. Dzięki temu udało się nam popróbować kuchni chińskiej, tajwańskiej i zbliżonej kulturowo do polskiej, szwajcarskiej.
(od lewej) Szymon z Polski, Fu-Ann z Tajwanu, Jack z Chin, Shen-Pei z Tajwanu,
Yasmin z Tajwanu i Ivana ze Szwajcari
(poza kadrem) Agnieszka z Polski
Pierwsze skojarzenie z kuchnią chińską? O Boże, zaraz wypali mi gardło!!! Trzeba przyznać, że kuchnia chińska jest dobrze doprawiona, a wręcz pikantna. Potrawy na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie: jakieś niegroźne listki kapusty, czy jajka z pomidorami, a tak na prawdę człowiek po zjedzeniu wypiłby wiadro wody. I to do końca by nie pomagło... Sąsiad Jack przygotował kapustę z bukietem przypraw, bardzo zdradliwą. Zdradliwą dlatego, że przy wzięciu potrawy do ust na początku czuje się jedynie twardawą kapustę. Natomiast jak się ją żuje, kapusta zaczyna stopniowo uwalniać pikantny posmak, który kumuluje się dopiero przy połykaniu. Ja już po jednej małej porcji miałam dosyć, Szymek lepiej sobie radził ;) Dodatkowo okazało się, że potrawą, którą wszyscy w Chinach znają, i która przez to jest uważana za potrawę tradycyjną, jest.... swojska jajecznica z pomidorami :) Trochę się zdziwiliśmy, bo przecież w Polsce też wszyscy ją znają, ale raczej nie jest uważana za danie narodowe. W każdym razie, poczuliśmy się jak w domu, nie ostatni raz tego wieczoru... W ostatecznym rozrachunku prawdziwe chińskie jedzenie, a nie podróba Chińczyka z budy na stadionie, jest bardzo smaczne i wyraziste w smaku. Chyba nie wymaga zbyt dużo zachodu, więc mamy z Szymkiem nadzieję na odebranie kilku lekcji u naszego sąsiada Jacka :)
jajecznica z pomidorami z Chin, zdradliwa kapusta również z Chin
Nasze Tajwańskie sąsiadki również się postarały. Dziewczyny twierdziły, że kuchnia tajwańska jest bardzo podobna do chińskiej i w zasadzie nie może się pochwalić jakimiś daniem typowo narodowym. Nie wiem, na ile to prawda, ale to co dziewczyny przygotowały bardzo przypadło mi do gustu. Jako danie główne zostało zaprezentowane tofu z pikantnym sosem. Ponieważ to moja pierwsza przygoda z nim, bardzo się ucieszyłam, że mogłam spróbować. Moim zdaniem tofu wygląda i smakuje trochę jak gąbka, ponieważ też się ugniata oraz jest miękkie i plastyczne pod językiem. Dobrze przyprawione i wyraziste pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie.
Natomiast na deser dziewczyny zaproponowały podgrzane bułeczki ze słodkim dipem mlecznym. Po prostu niebo w gębie, ponieważ dip smakował jak zagęszczone mleko słodzone sprzedawane w tubkach, ale o konsystencji płynnej. Chyba trzeba będzie popróbować zrobić coś takiego samemu...
Natomiast jako druga część deseru wjechała słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki, którą można też jeść z dodatkiem mleka. Muszę przyznać, że połączenie groszku z cukrem wzbudziło moje wątpliwości, chociaż niepotrzebnie. Potrawa okazała się smaczna na tyle, że Szymek poprosił o dokładkę samej tapioki, ponieważ nie jest fanem groszku, na poniedziałkowe śniadanie z mlekiem. Ugotowane perełki tapioki przypominają z konsystencji kisiel i same w sobie są lekko słodkawe. Moim zdaniem, warto było spróboweć tej orientalnej zupy, ale raczej jedynie w ramach ciekawostki.
Słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki

Reasumując, niedzielne popołudnie i wieczór spędziliśmy w kuchni wśród międzynarodowych przysmaków. Było nam niezmiernie miło, że mieliśmy okazję posmakować przeróżnych potraw. Osobiście pierwsze miejsce w kategorii "danie główne" przyznaję ruszti ze Szwajcarii, a w kategorii "deser" bułeczkom maślanym z dipem mlecznym z Tajwanu. Już się nie mogę doczekać następnego obiadku międzynarodowego :)
Natomiast na deser dziewczyny zaproponowały podgrzane bułeczki ze słodkim dipem mlecznym. Po prostu niebo w gębie, ponieważ dip smakował jak zagęszczone mleko słodzone sprzedawane w tubkach, ale o konsystencji płynnej. Chyba trzeba będzie popróbować zrobić coś takiego samemu...
Natomiast jako druga część deseru wjechała słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki, którą można też jeść z dodatkiem mleka. Muszę przyznać, że połączenie groszku z cukrem wzbudziło moje wątpliwości, chociaż niepotrzebnie. Potrawa okazała się smaczna na tyle, że Szymek poprosił o dokładkę samej tapioki, ponieważ nie jest fanem groszku, na poniedziałkowe śniadanie z mlekiem. Ugotowane perełki tapioki przypominają z konsystencji kisiel i same w sobie są lekko słodkawe. Moim zdaniem, warto było spróboweć tej orientalnej zupy, ale raczej jedynie w ramach ciekawostki.
Natomiast danie kuchni szwajcarskiej okazało się być wyjątkowo... polskie. Ivana przygotowała ruszti, czyli gotowane i starte ziemniaki z cebulą, przykryte jajkiem sadzonym i pomidorami koktajlowymi. Ponieważ Szwajcaria i Polska to kraje ziemniaka, w przeciwieństwie do Francji, ruszti od razu przypadło nam do gustu. I to do tego stopnia, że mieliśmy nadzieję, że Azjatom nie będzie do końca smakować, żeby dla nas zostało więcej ;) Cóż, smakowało wszystkim po równo... Moje kubki smakowe stwierdziły, że ziemniaki z ruszti przypominały w smaku zewnętrzną warstwę kociaków albo pyzy. Jednym słowem: pycha :)
My postanowiliśmy przygotować to, co z Polską kuchnią kojarzy się chyba najbardziej, czyli pierogi.
Ponieważ we Francji nie znaleźliśmy jeszcze zwykłego białego sera twarogowego, a ciocia Szymona życzyła nam powodzenia w szukaniu, zdecydowaliśmy się na farsz z pieczarek i cebuli. Ostatecznie zrobiliśmy ok. 60 pierogów, które jeszcze i tak zostały na obiad następnego dnia. Po pustych talerzach wywnioskowaliśmy, że nasze pierożki smakowały i znalazły uznanie wśród międzynarodowego jury:)
My postanowiliśmy przygotować to, co z Polską kuchnią kojarzy się chyba najbardziej, czyli pierogi.
Ponieważ we Francji nie znaleźliśmy jeszcze zwykłego białego sera twarogowego, a ciocia Szymona życzyła nam powodzenia w szukaniu, zdecydowaliśmy się na farsz z pieczarek i cebuli. Ostatecznie zrobiliśmy ok. 60 pierogów, które jeszcze i tak zostały na obiad następnego dnia. Po pustych talerzach wywnioskowaliśmy, że nasze pierożki smakowały i znalazły uznanie wśród międzynarodowego jury:)
Pierogi a la Podleśna
Reasumując, niedzielne popołudnie i wieczór spędziliśmy w kuchni wśród międzynarodowych przysmaków. Było nam niezmiernie miło, że mieliśmy okazję posmakować przeróżnych potraw. Osobiście pierwsze miejsce w kategorii "danie główne" przyznaję ruszti ze Szwajcarii, a w kategorii "deser" bułeczkom maślanym z dipem mlecznym z Tajwanu. Już się nie mogę doczekać następnego obiadku międzynarodowego :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz