Od poniedziałku zaczęłam nowy przedmiot, którego tytuł brzmi dumnie"Gestion de l'entreprise internationale', czyli po swojskiemu "Zarządzanie przedsiębiorstwem międzynarodowym". Przedmiot na pierwszy rzut oka nie wydaje się skomplikowany. Niestety sporo jest definicji i przepisywania ze slajdów, ponieważ jeden z prowadzących nie chciał ich udostępnić...
Plan zajęć zorganizowany jest tak, że w poniedziałek i wtorek miałam zajęcia od 8:30, do 12:00, przerwa na lunch, czyli po polsku normalny obiad, a potem od 13:30 do 18:30... Uważam, że to nieludzkie, ale dzięki czemu weekend zaczęłam już w środę o 16:45 :)
Na zajęciach można było zaobserwować pewne standardy międzynarodowe. Po pierwsze studenci francuscy nie wykazywali raczej zbyt dużego zainteresowania wykładem. Jak jeden mąż przynieśli ze sobą laptopy i spokojnie czatowali na Facebooku. Dziewczyna przede mną planowała podróż z Bordeaux do Paryża na weekend Wszystkich Świętych, a chłopak po prawej przeglądał zdjęcia jakiejś ponętnej koleżanki na francuskim odpowiedniku fotki.pl... Ponadto, pan profesor popełnił niewybaczalny błąd - w swojej gorliwości przedłużył wykład, ponieważ zaczął się rozwodzić nad sposobami wejścia firmy na nowy rynek. A że dostał przy tym slajdzie wypieków na twarzy, wnoszę, że był wybitnie zainteresowany metodami atakowania nowego rynku. On był zainteresowany, ale francuscy studenci nie... Jeden koleś zaczął się szybko zbierać, wstał, postał chwilę, rozejrzał się, popatrzył na profesora mówiącego do slajdu i wyszedł. A że dał tym samym znak, świadomie albo mniej świadomie, że wykład jest zakończony, reszta podążyła jego śladem... Choć niechętnie, pan profesor również...
Cóż, poczułam się jak w domu :) Dobrze wiedzieć, że wszyscy studenci to jedna rodzina i czy to BEM, czy SGH, zawsze jest tak samo ;)
piątek, 16 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz