środa, 21 października 2009

Case Study, Case Study, Case Study, czyli Jabłuszko na wszystkie sposoby

Ufff... ostatnio posty są autorstwa tylko Agnieszki, a to za sprawą moich wykładowców których ulubione słowo brzmi: "Case Study". Nawiasem mówiąc po pierwszym i pół tygodniu nowego przedmiotu (E - Commerce) mamy z Agnieszką, która zna sprawę z obserwacji i paroma innymi znajomymi studentami wrażenie, że jest to sposób na brak pomysłu i niechęć do prowadzenia zajęć...

Otóż praktycznie na każde zajęcia miałem przygotować kolejne studium przypadku, mniej lub bardziej skomplikowanego ale jednak... jakieś memo na 1200-1400 słów no i prezentację na szczęście w grupie więc tyle dobrze. Tak czy inaczej czasem nawet na zajęciach coś mieliśmy na ten kształt... tak dodatkowo. I nawet nie chodzi mi o to, że jestem leniwy ... tylko czasem jakieś odmiany się chce...

Tak więc dzisiaj pierwszy dzień spokoju i bez case study (zmiana nauczyciela i pechowiec nie zdążył nic zadać :P)... no i oczywiście pierwszy od dłuższego czasu wpis bo wiernych czytelników nie można zaniedbywać nie?? :)

P.S. Jest grupa firm (Google, Apple, eBay, Amazon) które są pewnikiem na zajęciach z bardziej zorientowanymi technologicznie profami... a gdzie małe perełki??? - jak to gdzie... wykupione przez 4 wymienionych wcześniej ...

piątek, 16 października 2009

Ciąg dalszy o systemie edukacyjnym na BEMie

Od poniedziałku zaczęłam nowy przedmiot, którego tytuł brzmi dumnie"Gestion de l'entreprise internationale', czyli po swojskiemu "Zarządzanie przedsiębiorstwem międzynarodowym". Przedmiot na pierwszy rzut oka nie wydaje się skomplikowany. Niestety sporo jest definicji i przepisywania ze slajdów, ponieważ jeden z prowadzących nie chciał ich udostępnić...

Plan zajęć zorganizowany jest tak, że w poniedziałek i wtorek miałam zajęcia od 8:30, do 12:00, przerwa na lunch, czyli po polsku normalny obiad, a potem od 13:30 do 18:30... Uważam, że to nieludzkie, ale dzięki czemu weekend zaczęłam już w środę o 16:45 :)

Na zajęciach można było zaobserwować pewne standardy międzynarodowe. Po pierwsze studenci francuscy nie wykazywali raczej zbyt dużego zainteresowania wykładem. Jak jeden mąż przynieśli ze sobą laptopy i spokojnie czatowali na Facebooku. Dziewczyna przede mną planowała podróż z Bordeaux do Paryża na weekend Wszystkich Świętych, a chłopak po prawej przeglądał zdjęcia jakiejś ponętnej koleżanki na francuskim odpowiedniku fotki.pl... Ponadto, pan profesor popełnił niewybaczalny błąd - w swojej gorliwości przedłużył wykład, ponieważ zaczął się rozwodzić nad sposobami wejścia firmy na nowy rynek. A że dostał przy tym slajdzie wypieków na twarzy, wnoszę, że był wybitnie zainteresowany metodami atakowania nowego rynku. On był zainteresowany, ale francuscy studenci nie... Jeden koleś zaczął się szybko zbierać, wstał, postał chwilę, rozejrzał się, popatrzył na profesora mówiącego do slajdu i wyszedł. A że dał tym samym znak, świadomie albo mniej świadomie, że wykład jest zakończony, reszta podążyła jego śladem... Choć niechętnie, pan profesor również...

Cóż, poczułam się jak w domu :) Dobrze wiedzieć, że wszyscy studenci to jedna rodzina i czy to BEM, czy SGH, zawsze jest tak samo ;)

wtorek, 13 października 2009

Palce lizać!

W niedzielę mieliśmy niebywałą okazję popróbować specjałów z różnych zakątków świata, ponieważ nasze Tajwańskie sąsiadki zaprosiły nas na międzynarodowy obiad. Reguły gry były dość proste: każdy z uczestników przygotowuje jakąś potrawę, najlepiej narodową, aby reszta mogła spróbować czegoś nowego. Dzięki temu udało się nam popróbować kuchni chińskiej, tajwańskiej i zbliżonej kulturowo do polskiej, szwajcarskiej.


Uczestnicy obiadku międzynarodowego:
(od lewej) Szymon z Polski, Fu-Ann z Tajwanu, Jack z Chin, Shen-Pei z Tajwanu,
Yasmin z Tajwanu i Ivana ze Szwajcari

(poza kadrem) Agnieszka z Polski

Pierwsze skojarzenie z kuchnią chińską? O Boże, zaraz wypali mi gardło!!! Trzeba przyznać, że kuchnia chińska jest dobrze doprawiona, a wręcz pikantna. Potrawy na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie: jakieś niegroźne listki kapusty, czy jajka z pomidorami, a tak na prawdę człowiek po zjedzeniu wypiłby wiadro wody. I to do końca by nie pomagło... Sąsiad Jack przygotował kapustę z bukietem przypraw, bardzo zdradliwą. Zdradliwą dlatego, że przy wzięciu potrawy do ust na początku czuje się jedynie twardawą kapustę. Natomiast jak się ją żuje, kapusta zaczyna stopniowo uwalniać pikantny posmak, który kumuluje się dopiero przy połykaniu. Ja już po jednej małej porcji miałam dosyć, Szymek lepiej sobie radził ;) Dodatkowo okazało się, że potrawą, którą wszyscy w Chinach znają, i która przez to jest uważana za potrawę tradycyjną, jest.... swojska jajecznica z pomidorami :) Trochę się zdziwiliśmy, bo przecież w Polsce też wszyscy ją znają, ale raczej nie jest uważana za danie narodowe. W każdym razie, poczuliśmy się jak w domu, nie ostatni raz tego wieczoru... W ostatecznym rozrachunku prawdziwe chińskie jedzenie, a nie podróba Chińczyka z budy na stadionie, jest bardzo smaczne i wyraziste w smaku. Chyba nie wymaga zbyt dużo zachodu, więc mamy z Szymkiem nadzieję na odebranie kilku lekcji u naszego sąsiada Jacka :)

(od lewej) ruszti ze Szwajcarii, pierogi z Polski,
jajecznica z pomidorami z Chin, zdradliwa kapusta również z Chin


Nasze Tajwańskie sąsiadki również się postarały. Dziewczyny twierdziły, że kuchnia tajwańska jest bardzo podobna do chińskiej i w zasadzie nie może się pochwalić jakimiś daniem typowo narodowym. Nie wiem, na ile to prawda, ale to co dziewczyny przygotowały bardzo przypadło mi do gustu. Jako danie główne zostało zaprezentowane tofu z pikantnym sosem. Ponieważ to moja pierwsza przygoda z nim, bardzo się ucieszyłam, że mogłam spróbować. Moim zdaniem tofu wygląda i smakuje trochę jak gąbka, ponieważ też się ugniata oraz jest miękkie i plastyczne pod językiem. Dobrze przyprawione i wyraziste pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie.

Tofu w pełnej krasie

Natomiast na deser dziewczyny zaproponowały podgrzane bułeczki ze słodkim dipem mlecznym. Po prostu niebo w gębie, ponieważ dip smakował jak zagęszczone mleko słodzone sprzedawane w tubkach, ale o konsystencji płynnej. Chyba trzeba będzie popróbować zrobić coś takiego samemu...

Słodkie bułeczki, a z tyłu dip mleczny

Natomiast jako druga część deseru wjechała słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki, którą można też jeść z dodatkiem mleka. Muszę przyznać, że połączenie groszku z cukrem wzbudziło moje wątpliwości, chociaż niepotrzebnie. Potrawa okazała się smaczna na tyle, że Szymek poprosił o dokładkę samej tapioki, ponieważ nie jest fanem groszku, na poniedziałkowe śniadanie z mlekiem. Ugotowane perełki tapioki przypominają z konsystencji kisiel i same w sobie są lekko słodkawe. Moim zdaniem, warto było spróboweć tej orientalnej zupy, ale raczej jedynie w ramach ciekawostki.


Słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki

Natomiast danie kuchni szwajcarskiej okazało się być wyjątkowo... polskie. Ivana przygotowała ruszti, czyli gotowane i starte ziemniaki z cebulą, przykryte jajkiem sadzonym i pomidorami koktajlowymi. Ponieważ Szwajcaria i Polska to kraje ziemniaka, w przeciwieństwie do Francji, ruszti od razu przypadło nam do gustu. I to do tego stopnia, że mieliśmy nadzieję, że Azjatom nie będzie do końca smakować, żeby dla nas zostało więcej ;) Cóż, smakowało wszystkim po równo... Moje kubki smakowe stwierdziły, że ziemniaki z ruszti przypominały w smaku zewnętrzną warstwę kociaków albo pyzy. Jednym słowem: pycha :)

My postanowiliśmy przygotować to, co z Polską kuchnią kojarzy się chyba najbardziej, czyli pierogi.

Szymek w kuchni...

Ponieważ we Francji nie znaleźliśmy jeszcze zwykłego białego sera twarogowego, a ciocia Szymona życzyła nam powodzenia w szukaniu, zdecydowaliśmy się na farsz z pieczarek i cebuli. Ostatecznie zrobiliśmy ok. 60 pierogów, które jeszcze i tak zostały na obiad następnego dnia. Po pustych talerzach wywnioskowaliśmy, że nasze pierożki smakowały i znalazły uznanie wśród międzynarodowego jury:)


Pierogi a la Podleśna

Reasumując, niedzielne popołudnie i wieczór spędziliśmy w kuchni wśród międzynarodowych przysmaków. Było nam niezmiernie miło, że mieliśmy okazję posmakować przeróżnych potraw. Osobiście pierwsze miejsce w kategorii "danie główne" przyznaję ruszti ze Szwajcarii, a w kategorii "deser" bułeczkom maślanym z dipem mlecznym z Tajwanu. Już się nie mogę doczekać następnego obiadku międzynarodowego :)

Polacy we francuskim kościele

W ostatnią niedzielę udało nam się uczestniczyć we Mszy we francuskim kościele katolickim. Ponieważ tutejsze zwyczaje związane z religijnością są nieco odmienne od polskich, muszę przyznać, że zorganizowanie wyjścia do kościoła nie było tak oczywiste, jak w Polsce.

Przede wszystkim, chociaż Francja to kraj katolicki (ok. 80% Francuzów deklaruje przynależność do kościoła katolickiego), niewielu jest praktykujących. Z tego powodu w większości kościołów w Bordeaux nie odprawia się mszy w ogóle, nawet w niedzielę. Jeżeli już jakiś kościół jest otwarty dla wiernych, to odprawiana jest zwykle tylko jedna msza w ciągu dnia. Dlatego nie dość, że trzeba się wstrzelić w konkretną godzinę, to w pierwszej kolejności trzeba jeszcze znaleźć czynny kościół... W naszym przypadku dojazd do najbliższej świątyni zajął nam ok. 40 minut. Ponadto brakuje księży z racji niskiego odsetka powołań i to do tego stopnia, że na kilka parafii przypada jeden ksiądz. Dowiedziałam się na zajęciach z francuskiego, że nadzieją kościoła katolickiego we Francji są księża z Europy Wschodniej i Afryki. Jeżeli nadal nie będzie chętnych do założenia sutanny, niedługo we Francji instytucja księdza umrze śmiercią naturalną. Dodatkowo, ponieważ Francja jest krajem z założenia laickim, tzn. w szkołach państwowych nie ma lekcji religii, kościół nie jest dofinansowany przez państwo. 

Kiedy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że w jedynej mszy w ciągu dnia (na 10:30) uczestniczyło ok. 60 osób, z przewagą osób starszych. Muszę przyznać, że chociaż słyszałam o niskiej frekwencji podczas francuskich mszy, to jednak przeżyłam rodzaj szoku, kiedy uświadomiłam sobie porównanie z polskimi realiami. A mianowicie, w Polsce 60 osób to przychodzi na mszę w tygodniu... Ponadto można domniemywać po średniej wieku uczestników tejże mszy, iż po naturalnej wymianie pokoleń pozostanie jeszcze mniej praktykujących...

Natomiast sam obrządek wygląda bardzo podobnie. Dało się nawet zrozumieć zarówno czytania, jak i samo kazanie. Dla ułatwienia przy każdym krześle leżał modlitewnik, więc nawet trochę partycypowaliśmy we mszy. Ponadto zauważyliśmy, że Francuzi raczej nie klękają na przemienienie, a jedynie pochylają głowy. Natomiast do komunii idą jak jeden mąż: wszyscy i to w sposób bardzo uporządkowany, tzn. najpierw tylnie rządy, a potem przednie. Każdy dostaje komunię do ręki i raczej nie widziałam osoby, która zdecydowała się ją przyjąć w tradycyjny sposób. 

Muszę przyznać, że w porównaniu z religijnością w Polsce, kościoły we Francji niemalże świecą pustkami, jeżeli są w ogóle otwarte... Garstka wiernych zbiera się na jedynej mszy w ciągu dnia. Wrażenie pustki jest dość szokujące, ponieważ Polacy raczej nie są do niej przyzwyczajeni w kościele w niedzielę. 

piątek, 9 października 2009

Przemyślenia Agnieszki na temat systemu edukacyjnego

Dzisiaj mieliśmy egzamin z francuskiego, co oznacza zakończenie pierwszego z pięciu przedmiotów, które będziemy realizować na BEMie. Będzie mi trochę tęskno za ćwiczeniami z gramatyki i moimi Niemcami z grupy...

Generalnie uważam, że idea trzytygodniowego intensywnego kursu językowego ma swoje dobre i złe strony. Do tych dobrych należy przede wszystkim to, że przez trzy tygodnie nie robiłam nic innego, tylko francuski. Dużo, dużo francuskiego... Ciągle coś było zadane, a to jakieś ćwiczenia z gramatyki, a to jakieś słówka do nauczenia się, a to jakaś prezentacja. Nawiasem mówiąc, swego czasu w ramach prezentacji mówiłam o stereotypach w postrzeganiu Polaków przez Francuzów i na odwrót. Dziewczynom z Tajwanu się podobało:) Dzięki kursowi można się było pozbyć oporów przed mówieniem. Poza tym dowiedziałam się wielu praktycznych rzeczy na temat życia codziennego we Fracji, np: co Francuzi piją jako aperitif, dlaczego idąc na parapetówkę bierze się ze sobą hak do wieszania kotła nad paleniskiem i co robią Baskowie po godzinach. Myślę, że na takim kursie można się sporo nauczyć, ale trzeba jednak poświęcić nauce dużo czasu.

Niestety bardzo dużym problemem w trakcie takiego kursu są wahania w motywacji. Praktycznie rzecz biorąc, w zasadzie każdego dnia trzeba siedzieć nad kserówkami i odrabiać prace domowe. Jeżeli jakiegoś dnia dostanie się tzw. lenia, zaległości rosną bardzo szybko i trudno się je nadrabia... Poza tym, czasem chciało się pójść na inny przedmiot niż francuski, po prostu w ramach odmiany, co niestety nie było nam dane.

W każdym razie jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądał intensywny kurs "Gestion de l'entreprise internationale', czyli zarządzania przedsiębiorstwem międzynarodowym, który zaczynam już od poniedziałku. Powiem tylko, że w poniedziałek i we wtorek mam zajęcia od 8.30 d0 18.30 z dwugodzinną przerwą na obiad. To się dopiero nazywa kurs intensywny... 

O systemie edukacyjnym na naszej uczelni słów kilka

Po porządnej dawce zupy cebulowej (pyszota) i makaronu z tuńczykiem, siadam do pisania kolejnego posta. tym razem kilka słów o systemie edukacyjnym na naszej uczelni... Dlaczego?...

...dlatego że niniejszym zaliczyliśmy nasz pierwszy egzamin!!!. Nie oznacza to bynajmniej że sesja już się zaczęła i potrwa do końca stycznia... nic bardziej błędnego.

Otóż nasza zagramaniczna uczelnia jest jedną z 2 lub 3 we francji która wdrożyła taki system (BEM należy do Grandes Ecoles - taka grupa lepszych uczelni w zakresie businessu i nauk ścisłych, ogólnie we Francji bezpłatne uniwersytety stoją mówiąc szczerze dość nisko w hierarchi... lucky us). Tj. nauka idzie w ten sposób, że pomijając chyba 1 rok. Przez 3 tygodnie ma się intensywny kurs danego przedmiotu... np. Francuskiego, potem egzamin, a potem zmiana przedmiotu i jedziemy dalej. Na razie umiem powiedzieć o tym tylko tyle że jest to kurs intensywny pod koniec pobytu pewnie będę w stanie bardziej konkretnie powiedzieć coś o samym rozwiązaniu... na razie testuję :) Dobre jest to, że nie będzie sesji tak jak w Polsce z 12 egzaminami, ale co miesiąc z kolei jest coś...

Nawiasem mówiąc trochę sztucznie starają się ratować resztki systemu semestralnego... bo wyniki egzaminu mamy nie wiedzieć czemu dopiero za jakieś 3-4 miesiące...

Agnieszka ma sporo przemyśleń chyba na temat intensywności kursu i mam nadzieję, że się podzieli nimi w okolicach tego posta.

Tymczasem pozdrawiam z pierwszego wolnego od zmartwień weekendu... po prostu nic nie jest zadane bo nie mam tak jakby zajęć :)

P.S. Dla malkontentów SGH ... studia na uczelni tego pokroju we Francji kosztują min. 5900 Euro za rok... inne są droższe -> patrz cennik To tak poglądowo

sobota, 3 października 2009

Gdzie jest pasztet, czyli dziwadeł francuskich ciąg dalszy

Wczoraj, jak zwykle przed tygodniowymi zakupami w Auchanie, zajrzałam do lodówki w celu zrobienia listy zakupów. I zdębiałam... Okazało się, że z 7 opakowań mojego ulubionego pasztetu Profi z indyka z dodatkiem pomidorów, została tylko jedna, ostatnia bidula:( Puls się podwyższył, a do oczu napłynęły łzy. "Ale nic to", pomyślałam, "uzupełnię sobie zapasy we francuskim sklepie, a może nawet spróbuję czegoś nowego." Pełna nadziei wzięłam Szymona pod pachę (w końcu ktoś musi dzwigać moje ukochane pasztety) i podreptałam do Auchana.

Na miejscu myślałam, że zemdleję. Na słabo zaopatrzonej półce było tylko jakoś dziwnie wyglądające "Pate" ze świnki, szynki albo grzybów, które niczym nie przypominało prawdziwego, polskiego pasztetu marki Profi. Po 20 minutach rozglądania się w nadziei, że może jednak coś przegapiłam, musiałam się niestety poddać. Wygląda na to, że niestety będę musiała przeżyć kolejne pół roku na diecie bezpasztetowej, co w moim przypadku oznacza ciężką próbę charakteru... :(

Na pocieszenie kupiłam sobie makrelę w sosie pomidorym z bazylią oraz tuńczyka w sosie własnym i mam nadzieję, że więcej takich niemiłych kulinarnych niespodzianek we Francji nie będzie ;)