środa, 21 października 2009
Case Study, Case Study, Case Study, czyli Jabłuszko na wszystkie sposoby
piątek, 16 października 2009
Ciąg dalszy o systemie edukacyjnym na BEMie
Plan zajęć zorganizowany jest tak, że w poniedziałek i wtorek miałam zajęcia od 8:30, do 12:00, przerwa na lunch, czyli po polsku normalny obiad, a potem od 13:30 do 18:30... Uważam, że to nieludzkie, ale dzięki czemu weekend zaczęłam już w środę o 16:45 :)
Na zajęciach można było zaobserwować pewne standardy międzynarodowe. Po pierwsze studenci francuscy nie wykazywali raczej zbyt dużego zainteresowania wykładem. Jak jeden mąż przynieśli ze sobą laptopy i spokojnie czatowali na Facebooku. Dziewczyna przede mną planowała podróż z Bordeaux do Paryża na weekend Wszystkich Świętych, a chłopak po prawej przeglądał zdjęcia jakiejś ponętnej koleżanki na francuskim odpowiedniku fotki.pl... Ponadto, pan profesor popełnił niewybaczalny błąd - w swojej gorliwości przedłużył wykład, ponieważ zaczął się rozwodzić nad sposobami wejścia firmy na nowy rynek. A że dostał przy tym slajdzie wypieków na twarzy, wnoszę, że był wybitnie zainteresowany metodami atakowania nowego rynku. On był zainteresowany, ale francuscy studenci nie... Jeden koleś zaczął się szybko zbierać, wstał, postał chwilę, rozejrzał się, popatrzył na profesora mówiącego do slajdu i wyszedł. A że dał tym samym znak, świadomie albo mniej świadomie, że wykład jest zakończony, reszta podążyła jego śladem... Choć niechętnie, pan profesor również...
Cóż, poczułam się jak w domu :) Dobrze wiedzieć, że wszyscy studenci to jedna rodzina i czy to BEM, czy SGH, zawsze jest tak samo ;)
wtorek, 13 października 2009
Palce lizać!
(od lewej) Szymon z Polski, Fu-Ann z Tajwanu, Jack z Chin, Shen-Pei z Tajwanu,
Yasmin z Tajwanu i Ivana ze Szwajcari
(poza kadrem) Agnieszka z Polski
jajecznica z pomidorami z Chin, zdradliwa kapusta również z Chin
Natomiast na deser dziewczyny zaproponowały podgrzane bułeczki ze słodkim dipem mlecznym. Po prostu niebo w gębie, ponieważ dip smakował jak zagęszczone mleko słodzone sprzedawane w tubkach, ale o konsystencji płynnej. Chyba trzeba będzie popróbować zrobić coś takiego samemu...
Natomiast jako druga część deseru wjechała słodka zupa groszkowa z perełkami tapioki, którą można też jeść z dodatkiem mleka. Muszę przyznać, że połączenie groszku z cukrem wzbudziło moje wątpliwości, chociaż niepotrzebnie. Potrawa okazała się smaczna na tyle, że Szymek poprosił o dokładkę samej tapioki, ponieważ nie jest fanem groszku, na poniedziałkowe śniadanie z mlekiem. Ugotowane perełki tapioki przypominają z konsystencji kisiel i same w sobie są lekko słodkawe. Moim zdaniem, warto było spróboweć tej orientalnej zupy, ale raczej jedynie w ramach ciekawostki.
My postanowiliśmy przygotować to, co z Polską kuchnią kojarzy się chyba najbardziej, czyli pierogi.
Ponieważ we Francji nie znaleźliśmy jeszcze zwykłego białego sera twarogowego, a ciocia Szymona życzyła nam powodzenia w szukaniu, zdecydowaliśmy się na farsz z pieczarek i cebuli. Ostatecznie zrobiliśmy ok. 60 pierogów, które jeszcze i tak zostały na obiad następnego dnia. Po pustych talerzach wywnioskowaliśmy, że nasze pierożki smakowały i znalazły uznanie wśród międzynarodowego jury:)
Reasumując, niedzielne popołudnie i wieczór spędziliśmy w kuchni wśród międzynarodowych przysmaków. Było nam niezmiernie miło, że mieliśmy okazję posmakować przeróżnych potraw. Osobiście pierwsze miejsce w kategorii "danie główne" przyznaję ruszti ze Szwajcarii, a w kategorii "deser" bułeczkom maślanym z dipem mlecznym z Tajwanu. Już się nie mogę doczekać następnego obiadku międzynarodowego :)
Polacy we francuskim kościele
W ostatnią niedzielę udało nam się uczestniczyć we Mszy we francuskim kościele katolickim. Ponieważ tutejsze zwyczaje związane z religijnością są nieco odmienne od polskich, muszę przyznać, że zorganizowanie wyjścia do kościoła nie było tak oczywiste, jak w Polsce.
Przede wszystkim, chociaż Francja to kraj katolicki (ok. 80% Francuzów deklaruje przynależność do kościoła katolickiego), niewielu jest praktykujących. Z tego powodu w większości kościołów w Bordeaux nie odprawia się mszy w ogóle, nawet w niedzielę. Jeżeli już jakiś kościół jest otwarty dla wiernych, to odprawiana jest zwykle tylko jedna msza w ciągu dnia. Dlatego nie dość, że trzeba się wstrzelić w konkretną godzinę, to w pierwszej kolejności trzeba jeszcze znaleźć czynny kościół... W naszym przypadku dojazd do najbliższej świątyni zajął nam ok. 40 minut. Ponadto brakuje księży z racji niskiego odsetka powołań i to do tego stopnia, że na kilka parafii przypada jeden ksiądz. Dowiedziałam się na zajęciach z francuskiego, że nadzieją kościoła katolickiego we Francji są księża z Europy Wschodniej i Afryki. Jeżeli nadal nie będzie chętnych do założenia sutanny, niedługo we Francji instytucja księdza umrze śmiercią naturalną. Dodatkowo, ponieważ Francja jest krajem z założenia laickim, tzn. w szkołach państwowych nie ma lekcji religii, kościół nie jest dofinansowany przez państwo.
Kiedy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że w jedynej mszy w ciągu dnia (na 10:30) uczestniczyło ok. 60 osób, z przewagą osób starszych. Muszę przyznać, że chociaż słyszałam o niskiej frekwencji podczas francuskich mszy, to jednak przeżyłam rodzaj szoku, kiedy uświadomiłam sobie porównanie z polskimi realiami. A mianowicie, w Polsce 60 osób to przychodzi na mszę w tygodniu... Ponadto można domniemywać po średniej wieku uczestników tejże mszy, iż po naturalnej wymianie pokoleń pozostanie jeszcze mniej praktykujących...
Natomiast sam obrządek wygląda bardzo podobnie. Dało się nawet zrozumieć zarówno czytania, jak i samo kazanie. Dla ułatwienia przy każdym krześle leżał modlitewnik, więc nawet trochę partycypowaliśmy we mszy. Ponadto zauważyliśmy, że Francuzi raczej nie klękają na przemienienie, a jedynie pochylają głowy. Natomiast do komunii idą jak jeden mąż: wszyscy i to w sposób bardzo uporządkowany, tzn. najpierw tylnie rządy, a potem przednie. Każdy dostaje komunię do ręki i raczej nie widziałam osoby, która zdecydowała się ją przyjąć w tradycyjny sposób.
Muszę przyznać, że w porównaniu z religijnością w Polsce, kościoły we Francji niemalże świecą pustkami, jeżeli są w ogóle otwarte... Garstka wiernych zbiera się na jedynej mszy w ciągu dnia. Wrażenie pustki jest dość szokujące, ponieważ Polacy raczej nie są do niej przyzwyczajeni w kościele w niedzielę.
piątek, 9 października 2009
Przemyślenia Agnieszki na temat systemu edukacyjnego
Dzisiaj mieliśmy egzamin z francuskiego, co oznacza zakończenie pierwszego z pięciu przedmiotów, które będziemy realizować na BEMie. Będzie mi trochę tęskno za ćwiczeniami z gramatyki i moimi Niemcami z grupy...
Generalnie uważam, że idea trzytygodniowego intensywnego kursu językowego ma swoje dobre i złe strony. Do tych dobrych należy przede wszystkim to, że przez trzy tygodnie nie robiłam nic innego, tylko francuski. Dużo, dużo francuskiego... Ciągle coś było zadane, a to jakieś ćwiczenia z gramatyki, a to jakieś słówka do nauczenia się, a to jakaś prezentacja. Nawiasem mówiąc, swego czasu w ramach prezentacji mówiłam o stereotypach w postrzeganiu Polaków przez Francuzów i na odwrót. Dziewczynom z Tajwanu się podobało:) Dzięki kursowi można się było pozbyć oporów przed mówieniem. Poza tym dowiedziałam się wielu praktycznych rzeczy na temat życia codziennego we Fracji, np: co Francuzi piją jako aperitif, dlaczego idąc na parapetówkę bierze się ze sobą hak do wieszania kotła nad paleniskiem i co robią Baskowie po godzinach. Myślę, że na takim kursie można się sporo nauczyć, ale trzeba jednak poświęcić nauce dużo czasu.
Niestety bardzo dużym problemem w trakcie takiego kursu są wahania w motywacji. Praktycznie rzecz biorąc, w zasadzie każdego dnia trzeba siedzieć nad kserówkami i odrabiać prace domowe. Jeżeli jakiegoś dnia dostanie się tzw. lenia, zaległości rosną bardzo szybko i trudno się je nadrabia... Poza tym, czasem chciało się pójść na inny przedmiot niż francuski, po prostu w ramach odmiany, co niestety nie było nam dane.
W każdym razie jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądał intensywny kurs "Gestion de l'entreprise internationale', czyli zarządzania przedsiębiorstwem międzynarodowym, który zaczynam już od poniedziałku. Powiem tylko, że w poniedziałek i we wtorek mam zajęcia od 8.30 d0 18.30 z dwugodzinną przerwą na obiad. To się dopiero nazywa kurs intensywny...
O systemie edukacyjnym na naszej uczelni słów kilka
...dlatego że niniejszym zaliczyliśmy nasz pierwszy egzamin!!!. Nie oznacza to bynajmniej że sesja już się zaczęła i potrwa do końca stycznia... nic bardziej błędnego.
Otóż nasza zagramaniczna uczelnia jest jedną z 2 lub 3 we francji która wdrożyła taki system (BEM należy do Grandes Ecoles - taka grupa lepszych uczelni w zakresie businessu i nauk ścisłych, ogólnie we Francji bezpłatne uniwersytety stoją mówiąc szczerze dość nisko w hierarchi... lucky us). Tj. nauka idzie w ten sposób, że pomijając chyba 1 rok. Przez 3 tygodnie ma się intensywny kurs danego przedmiotu... np. Francuskiego, potem egzamin, a potem zmiana przedmiotu i jedziemy dalej. Na razie umiem powiedzieć o tym tylko tyle że jest to kurs intensywny pod koniec pobytu pewnie będę w stanie bardziej konkretnie powiedzieć coś o samym rozwiązaniu... na razie testuję :) Dobre jest to, że nie będzie sesji tak jak w Polsce z 12 egzaminami, ale co miesiąc z kolei jest coś...
Nawiasem mówiąc trochę sztucznie starają się ratować resztki systemu semestralnego... bo wyniki egzaminu mamy nie wiedzieć czemu dopiero za jakieś 3-4 miesiące...
Agnieszka ma sporo przemyśleń chyba na temat intensywności kursu i mam nadzieję, że się podzieli nimi w okolicach tego posta.
Tymczasem pozdrawiam z pierwszego wolnego od zmartwień weekendu... po prostu nic nie jest zadane bo nie mam tak jakby zajęć :)
P.S. Dla malkontentów SGH ... studia na uczelni tego pokroju we Francji kosztują min. 5900 Euro za rok... inne są droższe -> patrz cennik To tak poglądowo
sobota, 3 października 2009
Gdzie jest pasztet, czyli dziwadeł francuskich ciąg dalszy
Wczoraj, jak zwykle przed tygodniowymi zakupami w Auchanie, zajrzałam do lodówki w celu zrobienia listy zakupów. I zdębiałam... Okazało się, że z 7 opakowań mojego ulubionego pasztetu Profi z indyka z dodatkiem pomidorów, została tylko jedna, ostatnia bidula:( Puls się podwyższył, a do oczu napłynęły łzy. "Ale nic to", pomyślałam, "uzupełnię sobie zapasy we francuskim sklepie, a może nawet spróbuję czegoś nowego." Pełna nadziei wzięłam Szymona pod pachę (w końcu ktoś musi dzwigać moje ukochane pasztety) i podreptałam do Auchana.
Na miejscu myślałam, że zemdleję. Na słabo zaopatrzonej półce było tylko jakoś dziwnie wyglądające "Pate" ze świnki, szynki albo grzybów, które niczym nie przypominało prawdziwego, polskiego pasztetu marki Profi. Po 20 minutach rozglądania się w nadziei, że może jednak coś przegapiłam, musiałam się niestety poddać. Wygląda na to, że niestety będę musiała przeżyć kolejne pół roku na diecie bezpasztetowej, co w moim przypadku oznacza ciężką próbę charakteru... :(
Na pocieszenie kupiłam sobie makrelę w sosie pomidorym z bazylią oraz tuńczyka w sosie własnym i mam nadzieję, że więcej takich niemiłych kulinarnych niespodzianek we Francji nie będzie ;)