środa, 25 listopada 2009

Przesyt Bagietką

Postanowiłem przerwać milczenie na blogu bo ostatnio jakoś nic nie publikujemy. Nie znaczy to bynajmniej, że nic się u nas nie dzieje... wręcz przeciwnie, dzieje się dużo (1) tylko jakoś nie ma okazji żeby napisać coś bardziej sensownego... stąd mój mało sensowny wpis-wyznanie

Znudziła mi się Bagietka!... no normalnie już nie mogę jeść tych francuskich bagietek i od wczoraj mam strajk, tj. staram się nie jeść bagietki jeśli nie muszę(2)... np. przed chwilą zjadłem na to konto naleśnika:)

Agnieszka nie podziela mojego odczucia, mało tego uważa je za delikatne wynaturzenie... dlatego drogi czytelniku nie naprowadzaj jej na ten wpis... może nie zauważy :)

Miłego wieczoru.

Objaśnienia:
(1) np. wczoraj byliśmy we Francuskiej restauracji - relacja wkrótce
(2) no bo przecież nie będę jadł sałatki z Fetą bez chleba... bo "zielepactwem" jeszcze się nikt nie najadł

wtorek, 10 listopada 2009

Uwag o kościele ciąg dalszy

Temat być już na naszym blogu poruszony. A jest to temat ciekawy ponieważ sytuacja jest bardzo ale to bardzo odmienna we Francji od tego co znamy z Polski.

W ostatnią niedzielę rano wstając na mszę na 10.30 (godzinę dojeżdżamy) chyba rozwikłaliśmy zagadkę niskiej frekwencji w kościele... Strasznie nam się chciało spać, a w najbliższym kościele (godzina dojazdu -powtarzam, ale jestem w szoku) jest 1. msza w niedzielę... słownie... jedna

I musze powiedzieć byłem już bardzo bliski nie pójścia... ale na czym polega spostrzeżenie. Otóż jeśli w Polsce obudzę się o 6.00 to pójdę na 8.00, jak się obudzę o 8.00 to na 9.00 a jak o 10.00 to na 11.00 a jak zupełnie zaśpię to na 18.00 i też wszyscy będą zadowoleni... a tutaj??

Nie dość że ludziska nie chcą chodzić ideologicznie to ci co chcą to "mają do wyboru" 1 mszę. Z drugiej strony to na co Aga zwróciła uwagę to ... niby dla kogo miałaby być druga msza skoro na jednej jest tylko 30 osób. Z trzeciej strony może ktoś by jeszcze przyszedł... i tak można długo. Ogólnie błędne koło :(

No ale... dalej będę dzielnie wstawał rano i dzielił się spostrzeżeniami.

Bon soiree (miłego wieczoru :))

poniedziałek, 9 listopada 2009

Debiut, czyli na tropie pomarańczowej piłki

No i stało się. Dzisiaj miałem swój debiut w barwach naszej szkoły podczas zawodów koszykarskich.

Jak było się spytacie. Debiut jak debiut, serce w gardle, żołądek na miejscu serca, miałem pietra nie z tej ziemi. Niby to jednak druga ekipa ale wyczyny pierwszej zobowiązują (maks. coś ok. 30:80 dla nas). A na boisku wiadomo, kupa nerwów i krzyków w języku którego nie rozumiem, czyli basket-french. Niezbyt dobrze wytłumaczone niektóre rzeczy... chociaż chwila trener coś w przerwie gadał nie po mojemu...

Tak czy inaczej pobiegałem przez chwilę w 3 połowach (2 mecze, a nie błąd! :)) zdaje się że dołożyłem ze 2 punkty do koszyczka jakieś przejęcie ... i ogólnie nie było źle... W międzyczasie znalazła się jakaś anglojęzyczna dusza która mi ciut pomogła się rozczaić... chociaż z okrzyków trenera dalej kumam tylko przekleństwa. :)

No a w środę powrót do przeszłości czyli regularny trening... a potem modyfikacja składu equipe 2 i jakby nie było ... może dostanę drugą szansę :).

Swoją drogą dziwny dzień, wykład w Korean-English ... ponoć :) mecz w całości nie po mojemu ... uczcie się języków i dziękujcie za obowiązkowe zajęcia na uczelni... serio...

Dobrej nocy!

czwartek, 5 listopada 2009

Na tropie barcelońskiego byka - epizode 3

Jak mówi stare polskie przysłowie: będąc w obcym kraju nie można nie spróbować tamtejszej kuchni. Wychodząc z takiego założenie wydaliśmy małą fortunę na tamtejsze smakołyki. A mieliśmy szczęście, ponieważ hiszpańska kuchnia okazała się naprawdę bardzo smaczna.

Na pierwszy ogień poszło tapas. Przeglądając kartę dań w restauracji na głównej ulicy spodziewaliśmy się, że tapas to jakiś konkretny rodzaj potrawy. A tymczasem tapas to sposób podawania. Każde, albo prawie każde danie, serwuje się w podstawowej porcji albo w porcji o połowie mniejszej, zwanej właśnie tapas. Zatem jako tapas zjedliśmy tortillę, kalmary w cieście, smażone ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym oraz małe kanapeczki w różnymi pastami, m. in. pesto oraz z pastą z makreli (u mnie zajęła pierwsze miejsce).

Niestety nie wytrzymaliśmy i kalmary w cieście nie mają swojego pamiątkowego zdjęcia...

Przewodnik z Travel Baru oprowadzając nas po mieście powiedział, że tradycja tapas jest silnie związana ze świętym w Hiszpanii prawem do siesty. A mianowicie, przed wiekami, podobno każdemu człowiekowi przysługiwało prawo do 3-godzinnego posiłku: godzina na jedzenie, godzina na picie, godzina na miłość. Tyle tylko, że szybko zrobiły się z tego 3 godziny picia... Żeby poprawić popołudniową produktywność pracy wprowadzono tapas, czyli małe dania-przekąski, które przegryzane w trakcie godziny na picie spowalniały proces wpadania w stan upojenia alkoholowego... Nie wiem, ile prawdy jest w tej opowieści, ale tapas, które jedliśmy były pyszne. Mi szczególnie przypadła do gustu tortilla. Prawdziwa tortilla nie ma nic wspólnego z naleśnikiem z kurczakiem, sałatą i sosami, serwowanym w Mc Donaldzie. W Barcelonie zaserwowano nam coś, co z daleka wyglądało jak kawałek sernika pieczony na tortownicy. Okazało się, że tortilla to omlet z ziemniakami. Pycha! Mogłabym zjeść jeszcze drugą taką porcję, ale na stół wjechały kalmary. Moim zdaniem smakowały trochę jak guma, ale na prywatnej liście tapas u Szymona zajęły zdecydowanie pierwsze miejsce... Następne w kolejności ziemniaki w sosie majonezowo-ketchupowym smakowały bardzo swojsko, czyli w zasadzie jak frytki :) A małe kanapeczki jedzone w knajpie przed pokazami tańca flamenco świetnie pasowały do popijanej sangrii. Słowem, uczta dla podniebienia.

Kolejnego dnia spróbowaliśmy paelli, czyli potrawy, która na pierwszy rzut oka przypomina risotto. Zamówiliśmy paellę mixta i dostaliśmy smażony ryż z krewetkami, ostrygą, kalmarami, kurczakiem i kawałkami wieprzowiny. Bardzo smaczne.

Paella mixta

Pan przewodnik powiedział nam, że pomysł na paellę wziął się stąd, że pewien Hiszpan chciał zaimponować damie swojego serca i przygotować jej jakąś wspaniałą potrawę, A że nie miał talentu kulinarnego i zapomniał zrobić zakupy poprzedniego dnia, włożył do garnka wszystko, co miał pod ręką... Damie serca, o dziwo, bardzo smakowała zaserwowana potrawa. I tak właśnie zaczęła się międzynarodowa kariera paelli :) Najśmieszniejsze jest to, że jakiś tydzień wcześniej znaleźliśmy przepis na risotto z owocami morza, które w wyglądzie i smaku nieco przypominało rzeczoną paellę :) Chyba możemy powiedzieć, że w Bordeaux uprawiamy kuchnię iście międzynarodową ;)

Paella a la Mozel & Podleśna

Na osobny akapit w naszej relacji z Barcelony zasługuje wątek pieczonych kasztanów. Kupiliśmy jedną porcję na spółkę i nie mogliśmy się od nich oderwać. Potem była następna, kolejna i kolejna... Jadalne kasztany to po prostu niebo w gębie:) Moim zdaniem mają konsystencję zbliżoną do bobu, ale są słodkie. To tłumaczy, dlaczego są sycące. I tylko skośnookie koleżanki patrzyły na naszą fascynację kasztanami z łagodną pobłażliwością... Okazało się, że zarówno w Kanadzie, jak i w Tajwanie, czy w Korei Południowej dobrze znają ten smak i nie robi już na niech wrażenia. A Polaków i dźwigiem od jadalnych kasztanów by nie odciągnął ;) Chcieliśmy kupić sobie kilo surowych kasztanów i uprażyć w Bordeaux, ale pani sprzedawczyni pokazał nam, że je się grilluje :( Niestety, ocierając łzy musieliśmy pogodzić się z faktem, że nie przywieziemy sobie zapasu kasztanów do Francji :( Ukojenie znaleźliśmy w kolejnej porcji przygotowanej na miejscu ;) I tylko smutno na sercu, że w Polsce na każdej ulicy kasztan, ale niestety niejadalny...

Pierwsza porcja kasztanów

Z ciekawszych rzeczy: jedliśmy coś, czego nazwy niestety nie znamy:) Okrągły, cienki placek znaleźliśmy w cukierni przy Parc Guell. A placek ten smakował jak słodka maca z karmelem i kawałkami migdałów. Pyszna przekąska.

Za niekompletność okazu przepraszamy,
ale byliśmy trochę głodni :)

Oprócz tego jadłam hiszpańskie Magnum z kawałkami czekolady mlecznej, deserowej i białej, zapakowane w bardzo ekskluzywne usztywniane opakowanie. Niebo w gębie! Sam lód nie był zbyt imponujących rozmiarów, ale tym razem liczyła się nie wielkość, ale jakość. W smaku bardzo słodki, niestety skończył się zbyt szybko. Pozostało tylko ekskluzywne opakowanie...

Ekskluzywne Magnum

Ogólnie bardzo nam się podobało w Barcelonie, a trzy dni minęły jak z bicza strzelił... Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie można tu wrócić i odwiedzić znajome kąty. Najchętniej chcielibyśmy sprawdzić, czy Sagrada Familia wreszcie się wybudowała do końca;)

P.S. Nie spotkaliśmy żadnego byka w Barcelonie, ponieważ okazało się, że w tej części kraju ludzie są bardzo liberalni i nie przywiązują zbytniej wagi do byczej tradycji. Wręcz istnieje kilka grup broniących praw byków i występujących przeciwko tradycji walki z nimi. Korrida, matador i czerwona płachta to raczej domena Madrytu i tamtej części Hiszpanii. W związku z tym jedynym bykiem, którego spotkaliśmy w Barcelonie okazał się ten, który widnieje na pamiątkowym t-shirtcie zakupionym tuż przed wyjazdem :)

poniedziałek, 2 listopada 2009

Na tropie barcelońskiego byka - epizode 2


Następnym punktem zwiedzania była darmowa piesza wycieczka po Starym Mieście z przewodnikiem, organizowana przez jeden z barcelońskich pubów, Travel Bar. Dzięki wycieczce dowiedzieliśmy się m.in. dlaczego na jednym z placów Barcelony stoi pomnik przedstawiający prątek gruźlicy, dlaczego trzeba omijać szerokim łukiem wszystko, co potencjalnie przypomina kałużę oraz gdzie Pablo Picasso stracił cnotę :) Stare Miasto składa się z tysięcy małych, wąskich uliczek, w których bardzo łatwo się zgubić. Budynki są usytuowana bardzo ciasno, stąd moje wrażenie lekkiego przytłoczenia. Poza tym zbudowane zostały w określony sposób: z każdym piętrem budynki po przeciwnej stronie ulicy zbliżają się do siebie o kilka milimetrów. Dzięki temu budowniczowie zyskiwali kilka centymetrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej na piętrach. Stąd stojąc na początku ulicy ma się wrażenie, że budynki przechylają się na siebie... Z drugiej strony, zauważyliśmy, że zabytki nie są usytuowane blisko siebie. Trzeba do nich dojść, poruszając się po uliczkach, które są niemalże identyczne. Dlatego następnego dnia po wycieczce nie byliśmy w stanie z Szymonem sami dojść do wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy poprzedniego dnia :( Wydawało nam się, że dla początkującego turysty odnalezienie się w mieście może sprawiać drobne problemy. Ale przecież nie dla takich wyjadaczy, jak my ;)

Agnieszka przy kamienicy w centrum Barcelony

Wieczorem wybraliśmy się na pokaz flamenco połączony z jedzeniem tapas, czyli można powiedzieć, tradycyjnych potraw oraz piciem sangrii. Bardzo nam się podobało! Zostaliśmy zaprowadzeni do knajpy, w której każdego wieczoru odbywały się pokazy tańca. Na początku pokazu hiszpańska tancerka śpiewała tradycyjne pieśni przepitym i przepalonym głosem, a potem na scenę wyszedł profesjonalny tancerz. Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się próbki kobiecego tańca, a dostaliśmy ognistego Hiszpana ;) Ale nie żałowaliśmy, ponieważ tancerz przebierał nogami w takim tempie, że ledwo można było nadążyć za nim wzrokiem. W pewnym sensie trafiliśmy na ekskluzywny pokaz, ponieważ pokazy męskiego flamenco odbywały się w tymże lokalu rzadziej, niż kobiecego. Wspaniała ekspresja tańca oraz mowa ciała i gesty sprawiły, że poczuliśmy prawdziwy hiszpański klimat. Ole!

A następnego dnia zaczęliśmy z wysokiego C, i to dosłownie, ponieważ wdrapaliśmy się na punkt widokowy, z którego oglądaliśmy panoramę miasta. Miejsce to nosi nazwę Parc Guell i zostało zaprojektowane przez, a jakże by inaczej, Antonio Gaudiego :) Do parku prowadzi kilka wejść, m.in. schody ruchome, którymi wjeżdża się niemalże na sam szczyt rzeczonego punktu widokowego. Ponieważ Agnieszka i Szymon nieco pobłądzili, w końcu wszystkie ulice są do siebie takie podobne, jakąś połowę wysokości przeszli na piechotę wchodząc od zupełnie innej strony... Ale za to jakie widoczki i jakie wspaniałe ćwiczenie na nogi ;)

Widok ze schodów ruchomych na szczyt Parc Guell

W każdym razie, widzieliśmy panoramę miasta, architekturę Gaudiego oraz badziewne szaliczki za 1€ ;) Słowem, bardzo się podobało.

Widok na miasto (i na Szymona) ze szczytu Parc Guell

Ozdobny korytarz w parku

Roślinki :)

Następnie przyszła kolej na port, czyli to, co dwa tygryski z Polski lubią najbardziej :) Bryknęliśmy zatem na deptak portowy, który zaczyna się wraz z końcem głównej ulicy w Barcelonie, którą zwą La Rambla.

Nabrzeże portowe nocą

A w porcie dużo jachtów i ryb oraz, jakby to było inaczej, centrum handlowe z Mc Donald'sem :)

Port w Barcelonie

Rybki w porcie

Szymek patrzący na rybki

Pooddychaliśmy świeżym powietrzem, posłuchaliśmy śpiewu mew i rybitw oraz zrobiliśmy zdjęcia rybkom. Najbardziej zaskoczył mnie widok z damskiej toalety w centrum handlowym: myjąc ręce podziwiałam jachty.

Czemu tak nie może być w Złotych Tarasach?

A następnego dnia wybraliśmy się na barcelońską plażę pomoczyć nogi w Morzu Śródziemnym. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie moczyłam nóg w morzu pod koniec października ;) Woda była spokojna i w miarę ciepła.

Szymek i morze

Agnieszka i morze

Pokręciliśmy się po Starym Mieście, zjedliśmy obiad i odwiedziliśmy stragany z pamiątkami, czyli tak zwane pierdoły :) Nawiasem mówiąc, ciężko było się przyzwyczaić do nachalnych sprzedawców, którzy już od progu starali się coś sprzedać. I nie rozumieli, że tylko oglądamy... Niestety trzeba było się dość wcześnie pożegnać z miastem, ponieważ następnego dnia czekało nas wczesne wstawanie na pierwszy z trzech pociągów... Odjazd o 7:53 robi swoje...

godzina 7.43: 10 minut do odjazdu pociągu :)

Ogólnie zauważyliśmy, że atmosfera Barcelony przypomina w pewnych aspektach życie w Polsce, a przede wszystkim różni się znacząco od życia we Francji. Po pierwsze, ceny. We Francji jest naprawdę drogo, szczególnie ceny owoców i warzyw potrafią przyprawić o zawrót głowy. Mój ulubiony przykład: w Auchan za 3 papryki trójkolorowe płacimy niecałe 3€. W Barcelonie za trzy papryki czerwone zapłaciliśmy 0,66€!!! Poszliśmy za ciosem i w ramach pamiątek przywieźliśmy: 7 papryk, 4 pomarańcze i 6 granatów :D Po drugie: sklepy. Przynajmniej w Bordeaux bywa problem z godzinami otwarcia. Natomiast w Barcelonie bez problemów kupiliśmy chleb ok. 23:00 tuż po przyjeździe. Po trzecie: mieszkańcy. We Francji mieszka dużo ludzi pochodzenia afrykańskiego, do czego trzeba było się na początku nieco przyzwyczaić. W Barcelonie chyba nie spotkaliśmy człowieka o ciemniejszym kolorze skóry, niż śniady. A drugiej strony Francja wygrywa z Hiszpanią w jednej, bardzo konkretnej kategorii. A mianowicie, chodzi o język. W Barcelonie niestety nie rozumieliśmy zbyt dokładnie, co się do nas mówi, aczkolwiek wiedza wyniesiona z telenowel meksykańskich i tak okazała się bezcenna ;) W każdym razie po powrocie do Bordeaux odczuliśmy dużą ulgę, kiedy okazało się, że umiemy zareagować na to, co ludzie mówią do nas na ulicy. Niby taka mała rzecz, a jednak robi dużą różnicę :)

sobota, 31 października 2009

Na tropie barcelońskiego byka - episode 1


W mijającym tygodniu dostaliśmy od BEMa prezent w postaci całego wolnego od zajęć tygodnia przed Wszystkimi Świętymi, ponieważ semestr zaczęliśmy tydzień wcześniej, niż reszta szkół wyższych. Korzystając z okazji postanowiliśmy spiknąć się z naszymi skośnookimi koleżankami z akademika oraz francuskim chłopakiem jednej z nich i pojechać do Barcelony. Barcelona to stolica Katalonii, regionu na północnym-wschodzie Hiszpanii.

Od lewej: Agnieszka z Polski, Yili z Kanady, Yasmin z Taywanu
i Lim z Korei Południowej

A zatem wsiedliśmy w pociąg i po niespełna dwóch przesiadkach, w tym w kurorcie zwanym Biarritz, wysiedliśmy na dworcu kolejowym w Barcelonie. Zainstalowaliśmy się w hostelu, którego nazwa odnosi się do imienia Świętego Jerzego, pogromcy smoka, i następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Logo naszego hostelu w Barcelonie

Ponieważ nasz hostel znajdował się rzut beretem od bazyliki Sagrada Familia, właśnie tam poczłapaliśmy na początku. Bazylika ta stanowi symbol miasta i największe osiągnięcie katalońskiego architekta Antoniego Gaudiego. Zresztą nazwisko to bardzo często przewija się w historii i architekturze miasta. Budowa rozpoczęła się w 1882 roku i po dziś dzień nie została zakończona. Gaudi poświęcił Sagradzie 16 lat życia, a w chwili śmierci w wypadku tramwajowym pozostawił po sobie jedynie część budowli. Chociaż plany architektoniczne zaginęły w trakcie wojny domowej, prace budowlane dalej trwają. Na ulotkach informacyjnych rozdawanych turystom napisano, że planowany termin zakończenia budowy to rok 2030... Doszliśmy wspólnie do wniosku, że jak tak dalej pójdzie, dzieło finalne zobaczą dopiero nasze wnuki albo i prawnuki...

Widok na Sagradę Familię z poziomu ulicy

Z zewnątrz budowla jest, uważam, monumentalna, złożona z tysięcy niepowtarzalnych elementów, a przez to zapierająca dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka wygląda jak gigantyczny zamek zbudowany z mokrego piasku, któremu jeszcze dużo brakuje do wielkiego finału. Trudno sobie nawet wyobrazić, ile czasu Gaudi spędził nad pracami projektowymi i koncepcyjnymi. Gdy się patrzy na fasadę, trudno skupić wzrok na jednej konkretnej rzeczy, ponieważ jest tyle drobnych elementów przyciągających wzrok.

Sagrada Familia by night

Natomiast w środku to nic innego jak ogromny plac budowy! Dla turystów udostępniono jedynie niewielki wycinek wnętrza, który zupełnie nie przypomina kościoła. W środku stoją rusztowania, w powietrzu unoszą się drobinki kurzu, a przy wejściu na wieżę stoją automaty z napojami i słodyczami. Prowizorycznie wydzielono część modlitewną, która imituje małą kaplicę, do której turyści raczej nie mają wstępu. W trakcie mszy za przepierzeniem turyści w najlepsze wcinali kanapki. Zasadniczo uważam, że 9€ za obejrzenie wąskiego korytarza, dwóch witraży, kilku filarów to chyba trochę za dużo... Chociaż dzięki temu mogliśmy się dołożyć finansowo na zbożny cel, jakim jest ukończenie budowli :) Aha, gratis dostaliśmy możliwość stania w godzinnej kolejce na windę na wieżę widokową za 2,50€ :) Ale było warto!!! Widoki wspaniałe, chociaż przecinane rusztowaniami.

Widok na Sagradę Familię z poziomu wieży widokowej

Swoją drogą nie zazdroszczę Chilińczykom, który pracują na takich wysokościach, bo to oni właśnie kończą budowlę... Dodatkową atrakcję stanowią kilometrowe kręte schody, którymi trzeba zejść na poziom 0.

Kilometrowe schody

Ogólnie uważam, że bazylika wygląda dużo lepiej z zewnątrz, niż od środka, a widoki z góry wręcz zapierają dech w piersiach. Mam nadzieję, że doczekamy dnia ukończenia... Jak na razie nie wolno się zrażać tym, co obecnie turysta zwiedza w środku, a należy skupiać się na tym, co się widzi na zewnątrz, ponieważ to zapowiedź ostatecznego wyglądu bazyliki. Summa summarum, byłam pod wielkim wrażeniem.

środa, 21 października 2009

Case Study, Case Study, Case Study, czyli Jabłuszko na wszystkie sposoby

Ufff... ostatnio posty są autorstwa tylko Agnieszki, a to za sprawą moich wykładowców których ulubione słowo brzmi: "Case Study". Nawiasem mówiąc po pierwszym i pół tygodniu nowego przedmiotu (E - Commerce) mamy z Agnieszką, która zna sprawę z obserwacji i paroma innymi znajomymi studentami wrażenie, że jest to sposób na brak pomysłu i niechęć do prowadzenia zajęć...

Otóż praktycznie na każde zajęcia miałem przygotować kolejne studium przypadku, mniej lub bardziej skomplikowanego ale jednak... jakieś memo na 1200-1400 słów no i prezentację na szczęście w grupie więc tyle dobrze. Tak czy inaczej czasem nawet na zajęciach coś mieliśmy na ten kształt... tak dodatkowo. I nawet nie chodzi mi o to, że jestem leniwy ... tylko czasem jakieś odmiany się chce...

Tak więc dzisiaj pierwszy dzień spokoju i bez case study (zmiana nauczyciela i pechowiec nie zdążył nic zadać :P)... no i oczywiście pierwszy od dłuższego czasu wpis bo wiernych czytelników nie można zaniedbywać nie?? :)

P.S. Jest grupa firm (Google, Apple, eBay, Amazon) które są pewnikiem na zajęciach z bardziej zorientowanymi technologicznie profami... a gdzie małe perełki??? - jak to gdzie... wykupione przez 4 wymienionych wcześniej ...