poniedziałek, 2 listopada 2009

Na tropie barcelońskiego byka - epizode 2


Następnym punktem zwiedzania była darmowa piesza wycieczka po Starym Mieście z przewodnikiem, organizowana przez jeden z barcelońskich pubów, Travel Bar. Dzięki wycieczce dowiedzieliśmy się m.in. dlaczego na jednym z placów Barcelony stoi pomnik przedstawiający prątek gruźlicy, dlaczego trzeba omijać szerokim łukiem wszystko, co potencjalnie przypomina kałużę oraz gdzie Pablo Picasso stracił cnotę :) Stare Miasto składa się z tysięcy małych, wąskich uliczek, w których bardzo łatwo się zgubić. Budynki są usytuowana bardzo ciasno, stąd moje wrażenie lekkiego przytłoczenia. Poza tym zbudowane zostały w określony sposób: z każdym piętrem budynki po przeciwnej stronie ulicy zbliżają się do siebie o kilka milimetrów. Dzięki temu budowniczowie zyskiwali kilka centymetrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej na piętrach. Stąd stojąc na początku ulicy ma się wrażenie, że budynki przechylają się na siebie... Z drugiej strony, zauważyliśmy, że zabytki nie są usytuowane blisko siebie. Trzeba do nich dojść, poruszając się po uliczkach, które są niemalże identyczne. Dlatego następnego dnia po wycieczce nie byliśmy w stanie z Szymonem sami dojść do wszystkich miejsc, które zobaczyliśmy poprzedniego dnia :( Wydawało nam się, że dla początkującego turysty odnalezienie się w mieście może sprawiać drobne problemy. Ale przecież nie dla takich wyjadaczy, jak my ;)

Agnieszka przy kamienicy w centrum Barcelony

Wieczorem wybraliśmy się na pokaz flamenco połączony z jedzeniem tapas, czyli można powiedzieć, tradycyjnych potraw oraz piciem sangrii. Bardzo nam się podobało! Zostaliśmy zaprowadzeni do knajpy, w której każdego wieczoru odbywały się pokazy tańca. Na początku pokazu hiszpańska tancerka śpiewała tradycyjne pieśni przepitym i przepalonym głosem, a potem na scenę wyszedł profesjonalny tancerz. Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się próbki kobiecego tańca, a dostaliśmy ognistego Hiszpana ;) Ale nie żałowaliśmy, ponieważ tancerz przebierał nogami w takim tempie, że ledwo można było nadążyć za nim wzrokiem. W pewnym sensie trafiliśmy na ekskluzywny pokaz, ponieważ pokazy męskiego flamenco odbywały się w tymże lokalu rzadziej, niż kobiecego. Wspaniała ekspresja tańca oraz mowa ciała i gesty sprawiły, że poczuliśmy prawdziwy hiszpański klimat. Ole!

A następnego dnia zaczęliśmy z wysokiego C, i to dosłownie, ponieważ wdrapaliśmy się na punkt widokowy, z którego oglądaliśmy panoramę miasta. Miejsce to nosi nazwę Parc Guell i zostało zaprojektowane przez, a jakże by inaczej, Antonio Gaudiego :) Do parku prowadzi kilka wejść, m.in. schody ruchome, którymi wjeżdża się niemalże na sam szczyt rzeczonego punktu widokowego. Ponieważ Agnieszka i Szymon nieco pobłądzili, w końcu wszystkie ulice są do siebie takie podobne, jakąś połowę wysokości przeszli na piechotę wchodząc od zupełnie innej strony... Ale za to jakie widoczki i jakie wspaniałe ćwiczenie na nogi ;)

Widok ze schodów ruchomych na szczyt Parc Guell

W każdym razie, widzieliśmy panoramę miasta, architekturę Gaudiego oraz badziewne szaliczki za 1€ ;) Słowem, bardzo się podobało.

Widok na miasto (i na Szymona) ze szczytu Parc Guell

Ozdobny korytarz w parku

Roślinki :)

Następnie przyszła kolej na port, czyli to, co dwa tygryski z Polski lubią najbardziej :) Bryknęliśmy zatem na deptak portowy, który zaczyna się wraz z końcem głównej ulicy w Barcelonie, którą zwą La Rambla.

Nabrzeże portowe nocą

A w porcie dużo jachtów i ryb oraz, jakby to było inaczej, centrum handlowe z Mc Donald'sem :)

Port w Barcelonie

Rybki w porcie

Szymek patrzący na rybki

Pooddychaliśmy świeżym powietrzem, posłuchaliśmy śpiewu mew i rybitw oraz zrobiliśmy zdjęcia rybkom. Najbardziej zaskoczył mnie widok z damskiej toalety w centrum handlowym: myjąc ręce podziwiałam jachty.

Czemu tak nie może być w Złotych Tarasach?

A następnego dnia wybraliśmy się na barcelońską plażę pomoczyć nogi w Morzu Śródziemnym. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie moczyłam nóg w morzu pod koniec października ;) Woda była spokojna i w miarę ciepła.

Szymek i morze

Agnieszka i morze

Pokręciliśmy się po Starym Mieście, zjedliśmy obiad i odwiedziliśmy stragany z pamiątkami, czyli tak zwane pierdoły :) Nawiasem mówiąc, ciężko było się przyzwyczaić do nachalnych sprzedawców, którzy już od progu starali się coś sprzedać. I nie rozumieli, że tylko oglądamy... Niestety trzeba było się dość wcześnie pożegnać z miastem, ponieważ następnego dnia czekało nas wczesne wstawanie na pierwszy z trzech pociągów... Odjazd o 7:53 robi swoje...

godzina 7.43: 10 minut do odjazdu pociągu :)

Ogólnie zauważyliśmy, że atmosfera Barcelony przypomina w pewnych aspektach życie w Polsce, a przede wszystkim różni się znacząco od życia we Francji. Po pierwsze, ceny. We Francji jest naprawdę drogo, szczególnie ceny owoców i warzyw potrafią przyprawić o zawrót głowy. Mój ulubiony przykład: w Auchan za 3 papryki trójkolorowe płacimy niecałe 3€. W Barcelonie za trzy papryki czerwone zapłaciliśmy 0,66€!!! Poszliśmy za ciosem i w ramach pamiątek przywieźliśmy: 7 papryk, 4 pomarańcze i 6 granatów :D Po drugie: sklepy. Przynajmniej w Bordeaux bywa problem z godzinami otwarcia. Natomiast w Barcelonie bez problemów kupiliśmy chleb ok. 23:00 tuż po przyjeździe. Po trzecie: mieszkańcy. We Francji mieszka dużo ludzi pochodzenia afrykańskiego, do czego trzeba było się na początku nieco przyzwyczaić. W Barcelonie chyba nie spotkaliśmy człowieka o ciemniejszym kolorze skóry, niż śniady. A drugiej strony Francja wygrywa z Hiszpanią w jednej, bardzo konkretnej kategorii. A mianowicie, chodzi o język. W Barcelonie niestety nie rozumieliśmy zbyt dokładnie, co się do nas mówi, aczkolwiek wiedza wyniesiona z telenowel meksykańskich i tak okazała się bezcenna ;) W każdym razie po powrocie do Bordeaux odczuliśmy dużą ulgę, kiedy okazało się, że umiemy zareagować na to, co ludzie mówią do nas na ulicy. Niby taka mała rzecz, a jednak robi dużą różnicę :)

1 komentarz:

  1. Wnioskuję, że Wam również nie spodobał się zbytnio śpiew flamenco? Zaskoczyliście mnie tym męskim tancerzem, o tym nawet nie słyszałem.

    Swoją drogą, na flamenco i tapas gorąco polecam wybrać się bardziej na południe, najlepiej do Andaluzjii, bowiem to z tamtąd pochodzą obydwie rzeczy i tam są najbardziej autentyczne... i nieturystyczne.

    A wiecie że Parq Guell pierwotnie miał być ekskluzywnym osiedlem mieszkaniowym, tylko ceny działek były tak wysokie, że inwestycja poniosła całkowitą klęskę i jedynymi domami które tam stanęły są dom Gaudiego i dom jego przyjaciela?

    OdpowiedzUsuń