Nic jednak nie przeszkodziło nam spędzić w Arcachon wspaniałej i przede wszystkim udanej niedzieli.
Z ciekawostek powiem, że plaża była bardzo zadbana kiedy nad nią przyszliśmy to okazało się, że w większości była jeszcze zagrabiona (oczywiście czysta), mimo tego nie mogłem się powstrzymać przed wykopaniem skromnego grajdołka rekompensującego mi (chociaż w części) brak wygodnego fotela w akademiku.
Agnieszka dzielnie się opalała ... ja się nie opalałem ale jak zwykle plecki czerwone :(.
Nawiasem mówiąc kurort był dziwny, bo liczba osób na plaży wynosiła jakieś 1/15 osób w kajpkach i na bulwarze... zupełnie nie rozumiem... nie mówiąc o fakcie że w zasadniczo dobrze ubranej Francji idąc półnago po plaży czułem się jak zjawisko pokroju Yeti (wszyscy inni byli nienagannie ubrani) muszę powiedzieć, że stanowiło to rodzaj szoku na tle zwyczajów polskich miejscowości nadmorsko-nadjeziernych, no ale czegoś sie przynajmniej nauczyłem o innej kulturze :P.
Poniżej jeszcze dwa zdjęcia z uroczego basenu Arcachon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz